Virginia Woolf - O chorowaniu
Virginia Woolf jest jedną z najbardziej tajemniczych, magnetycznie pociągających swą kuriozalną urodą gwiazd na firmamencie światowej literatury pięknej. To bezsprzeczne. Jako osobowość twórcza - porażająca ładunkiem intelektualnym i jako człowiek - nękany przeróżnymi demonami. Jednym z nich, który w dużej mierze zaważył na treści i formie dzieł pisarki, była choroba. Wbrew jednak oczywistej konotacji, esej autorki „Fali” stanowiący przedmiot niniejszego omówienia nie traktuje tylko i wyłącznie o chorobie. W tym niewielkich rozmiarów dziełku odnajdujemy także wywoływane akcydentalnie bądź zupełnie bezpośrednio, refleksje na temat poezji, jej twórców, podbudowane intertekstualnymi migawkami – ukrytymi cytatami lub aluzjami do utworów takich autorów, jak Szekspir, Milton czy Rimbaud. Całkowicie autonomiczny charakter, abstrahujący od podjętego wywodu, ma zakończenie eseju, w którym obcujemy ze streszczeniem biografii księżnej Canning i lady Waterford napisanej przez Augustusa Hare’a. Kłopot z odbiorem tej zupełnie przypadkowej, trącącej interpretacyjną pustką historii, jest wszakże pozorny, na co wskazuje Hermione Lee, biografka Woolf i jednocześnie autorka wstępu do eseju. Obraz niemej rozpaczy wdowy oglądającej pochówek męża zaklęty w geście zgniecenia pluszowej zasłony to jedna z form ukrytej, symbolicznej demonstracji form cierpienia ludzkiego, które pokazuje twórczyni „Pani Dalloway”.
Wspomniany wstęp oksfordzkiej wykładowczyni, co należy podkreślić, jest nie tylko próbą deszyfracji rozety błyskotliwych myśli Virginii Woolf, to także cenny merytorycznie zarys jego powstawania. Znawczyni detali z biografii pisarki, prócz podania istotnych dla zrozumienia samego dzieła urywków z jej dossier, wtajemnicza czytelnika w kuluary funkcjonowania wydawnictwa Hogarth Press założonego przez małżeństwo Woolfów, współpracy, następnie zaś ochłodzenia stosunków z Thomasem Stearnsem Eliotem czy licznych zabiegów korektorskich, które autorka „Do latarni morskiej” systematycznie wprowadzała.
Pytanie o to, dlaczego niedyspozycja cielesno-umysłowa człowieka nie dzieli pierwszego miejsca wśród tematów literackich z motywem miłości, przyjaźni czy namiętności, które otwiera esej „O chorowaniu”, choć wciąż aktualne, dziś pewnie zwieńczone byłoby większą liczbą egzemplifikacji wyjątków potwierdzających tą regułę. Do przykładów, które przytacza Woolf - a więc De Quincey, marginalnie Proust - można by dołączyć Camusa, Handke, przede wszystkim zaś Bernharda, podobnie jak Woolf ujmującego chorobę w ramy symbolu przekraczającego granice somatycznych dysfunkcji przedstawianych zgodnie z postulatami poetyki naturalistycznej.
Specyfika pisarstwa Virginii Woolf, będącego jednym ze zwiastunów wschodu postmodernizmu, również w tej krótkiej rozprawie objawia się w całej swej okazałości. Mam na myśli zwłaszcza styl, dominantę fragmentu i urwanej myśli jako jeden z elementów stanowiących manifestację dyskursu naśladującego określone stany świadomości. Tekst Woolf meandrycznie podąża tą ścieżką paradygmatu, jaki we współczesnej literaturze definiuje dekonstrukcja i psychoanaliza. Czytając go, mamy wrażenie, że jest pisany przez samą chorobę, czyli to, co jednocześnie stanowi temat (przedmiot) utworu i zostało upodmiotowione, uosobione. Zyskało swój własny niezależny język, opisujący rzeczywistość, której kod nie zawsze, a być może w ogóle nie jest czytelny dla ludzi zdrowych.
Esej, z którym mamy do czynienia, to zatem nie tylko lektura obowiązkowa dla humanistów badających motyw choroby w literaturze i kulturze, ale przede wszystkim pełna zagadek eksploracja wnętrza człowieka dotkniętego chorobą, która nie tylko zmienia jego status tożsamościowy, ale i percepcję oraz wyobrażenie o świecie.
Recenzja ankhxxl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą virginia woolf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą virginia woolf. Pokaż wszystkie posty
piątek, 21 stycznia 2011
Virginia Woolf: Flush
Pochodzi z arystokratycznego rodu, którego drzewo genealogiczne zapuściło wypielęgnowane korzenie gdzieś w mrokach prawieków i jest do tego pięknym, choć nie wyróżniającym się jego przedstawicielem. Nie przywiązuje się do swoich "przyjaciółek" i ma wielu rozmaitych potomków w kilku krajach świata, a jednak całe swoje dorosłe życie spędził u boku jednej z najważniejszych pisarek wiktoriańskiej Anglii, Elizabeth Barrett Browning, która poświęciła mu niejedno życzliwe słowo w rozmaitych swoich dziełach. Nie jest to tak dziwne, kiedy weźmie się pod uwagę, że Flush jest spanielem, podarowanym tej pół-inwalidce przez najlepszą przyjaciółkę, by Elizabeth miała wreszcie towarzystwo w swojej złotej klatce – pokoju, w którym trzyma ją ojciec.
Flush towarzyszył pisarce w najważniejszych momentach jej życia – romansie z Browningiem, ich wspólnej ucieczce z dusznego Londynu do Florencji, narodzinom ich jedynego dziecka… Virginia Woolf, wspaniała powieściopisarka początków XX wieku, postanowiła pokazać świat oczami wiernego psa, delikatnego i przekornego, oddanego i zazdrosnego, w postaci jego biografii, będącej właściwie pastiszem zwykłego, ludzkiego życiorysu. Dlatego analizujemy wraz z powieściopisarką motywy, możliwe powody zachowań, myśli i przekonania Flusha, a czynimy to wszystko z taką powagą i wzniosłością, że aż widać, jak autorka puszcza do nas oko. Nie zmienia to faktu, że Flush, nie wspominając nawet o jego właścicielce, istniał naprawdę i pomimo dostosowania jego życiorysu do ram literackiego opisu wydarzeń – jest to jego prawdziwa biografia. Na końcu książki znajduje się nawet miniaturowa bibliografia pieska
Spojrzenie na świat oczami psa, choć wykorzystywane już wielokrotnie przez różnych pisarzy, nadal stanowi powiew świeżości - zwłaszcza jeśli to wspaniałe stworzenie przedstawione jest z taką przenikliwością i zrozumieniem charakteru, jak u Woolf. Każdy właściciel psa na pewno będzie aż zdumiony tym, jak bardzo... psi jest Flush. Jako szczęśliwa właścicielka udomowionego jamnika mogę potwierdzić, że obserwacje Woolf są bardzo dokładne jeśli chodzi o zachowanie, sympatie i antypatie "sierściuchów". Nieco naiwne i na pewno niecodzienne spojrzenie na codzienność ludzką jest wielką zaletą tej książeczki, wyrywającą nas ze stereotypowego patrzenia na zjawiska dnia codziennego i pokazującą rzeczy, których inaczej nie zauważylibyśmy.
„Flush” został wydany w serii „50 na 50” wydawnictwa Znak, w której przypomniane zostają powieści znane i te niesłusznie zapomniane – i książka ta zdecydowanie należy do drugiej z tych grup. Chociaż Virginię Woolf kojarzy się raczej z "Panią Dalloway", to biografia ciekawskiego i delikatnego spaniela, Flusha, zasługuje na uwagę każdego wielbiciela słowa pisanego. W wypadku Woolf bowiem zabawa konwencją staje się małą ucztą literacką.
Niestety, „Flush” zdaje się za krótki jak na prawdziwie kultowe dzieło. Problem bowiem polega na tym, że zanim książka się dobrze zaczyna, już trzeba ją zakończyć. To mała książeczka na jedno popołudnie, aby na chwilę zapomnieć o otaczającym świecie lub by nacieszyć się wspaniałą literacką kreacją psa, jedną z lepszych, jakie zdarzyło mi się poznać.
„Flush” Virginii Woolf to wspaniały pastisz biografii, ale także fascynująca opowieść o miłości psa do właścicielki, a właścicielki – do innego człowieka, który uzurpuje sobie prawo do jej miłości wbrew zwierzęciu. Pozycja obowiązkowa dla miłośników psów i niebanalnej, naprawdę smakowitej literatury.
czwartek, 20 stycznia 2011
Virginia Woolf: Orlando
Orlando - Virginia Woolf
Walter Benjamin, pisząc o nostalgii związanej z dziecięcym, „pierwszym” doświadczeniem czytania, posługuje się specyficzną metaforą: „Dziś chodzić potrafię, uczyć się już nie”. Rzeczywiście, zwykle bywa tak, że po prostu „umiemy” czytać – czyli także analizować i interpretować – i rzadko powracają do nas uczucia, jakich doznawaliśmy, kiedy dopiero się uczyliśmy, gdy pokonywaliśmy niezliczone (z dzisiejszego punktu widzenia błahe) przeszkody, stawialiśmy pierwsze samodzielne kroki (dziś powiedzielibyśmy raczej: kroczki). Benjaminowska analogia między chodzeniem i czytaniem może kryć przy tym dodatkowe znaczenia: chociaż każdy z nas w miarę upływu czasu wykształca własny, charakterystyczny chód, to naprawdę poruszamy się – w ogólnych zarysach – tak jak inni. Któż ośmieliłby się spróbować chodzić na rękach? Podobnie jest z literaturą: każdy z nas ma własny styl lektury, ale – generalizując – częściej ulegamy utrwalonym społecznie typom odbioru danego tekstu niż próbujemy wyjść im naprzeciw. W czytaniu – a szczególnie tym ukierunkowanym krytycznie i naukowo – pojawiają się rozmaite mody.
Refleksje związane z myślą Benjamina nasunęły mi się automatycznie na marginesie lektury Orlanda Virgini Woolf. Najpierw, bo już w zetknięciu z okładką książki, pojawiła się myśl dotycząca literaturoznawczej mody: wyraźnie odcinający się od ciemnoróżowego tła biały napis – „Od lat niewydawana w Polsce najważniejsza powieść feministyczej autorki […] Orlando, genderowa powieść o dwoistości ludzkiej istoty […] jest zaliczana do klasyki literatury dwudziestego wieku” – mówi niejako sam za siebie. Rzecz jasna, kwestia pisarstwa kobiet jest niezwykle ważnym dla twórczości brytyjskiej autorki kontekstem. Orlando jest bez wątpienia wielkim traktatem na temat płci, jej uwikłań w kulturowe reguły społecznego funkcjonowania, a także wpisanej w istotę ludzką – czego dowodzili psychoanalitycy – biseksualności. Powieść – jak zauważają autorzy wydawniczej notki – od lat nie była wydawana w Polsce. Można byłoby się zastanowić dlaczego nie była, skoro należy „do klasyki dwudziestego wieku”. Nieco przekornie zapytam jednak o co innego: dlaczego właśnie teraz jest wydawana? Oczywiście, chwalebnym zamierzeniem jest wznawianie dzieł wybitnych i zasługujących ze wszech miar na zainteresowanie, ale odpowiedź na postawione przeze mnie pytanie ma jednak swój wymiar ściśle pragmatyczny. Chodzi oczywiście o modę na gender studies. Nie trzeba być wcale fanem Kazimiery Szczuki, by zorientować się, że refleksja nad płcią w jej wymiarze kulturowym jest obecnie bardzo popularnym nurtem w krytyce i literaturoznawstwie. A dla tych, którzy tą dziedziną (albo kwestiami niejako pokrewnymi, np. teoriami queer) się zajmują, Orlando stanowi prawdziwą gratkę. Historia młodego szlachcica z czasów królowej Elżbiety, którego płeć ulega w pewnej chwili zmianie, ale nigdy nie stabilizuje się do końca jako jednoznacznie kobieca, jest bogata w odnośniki pozwalające na snucie genderowych refleksji (w pewien sposób sama taką refleksją będąc).
Nie umniejszając w żaden sposób roli gender studies ani krytyki feministycznej, pozwolę sobie jednak na pójście nieco na przekór modzie. Skłania mnie do tego ów niepokojący szyld „feministycznej pisarki” ciążący nad Virginią Woolf, która co prawda przywiązywała wielką wagę do spraw pisarstwa kobiet (Własny pokój jest na to wybitnym przykładem), ale w swojej twórczości wyszła, jak sądzę, daleko poza ramy – nawet szeroko rozumianego – feminizmu. Pewną pomocą jest przy tym dla mnie cytowana wyżej myśl Waltera Benjamina.
Jeśli autor Pasaży ma rację, tęsknota za czasami, w których „uczyliśmy się chodzić” (czyli czytać) nie może być zaspokojona. Sądzę jednak, że czasem – być może bardzo rzadko – udaje się coś z aury momentów stawiania pierwszych, zapewne nieporadnych, kroków uchwycić. Orlando jest jedną z powieści, dzięki którym to sięgnięcie w zmitologizowaną przez Benjamina przeszłość umożliwiają, choć nie w sensie dosłownym, oczywiście. Książka Virginii Woolf każe mi się zatrzymać i zacząć uczyć się na nowo radości czytania. Dlaczego? Odpowiedź jest banalnie prosta: Orlando to rzecz napisana znakomicie, jedyna w swoim rodzaju nie tylko pod względem tematu, ale i wartości stricte artystycznych.
O samej narracji – niezwykle interesującej, ustanawiającej rzadko spotykany dystans między autorem (autorką) a bohaterem (bohaterką) z jednej a czytelnikiem (czytelniczką) z drugiej strony – można byłoby napisać długi traktat teoretyczny, nie wspominając już o kwestiach takich jak poetyckie walory stylu czy umiejętność snucia przez Woolf najbardziej esencjonalnych dla większości twórców refleksji dotyczących natury samego pisarstwa tonem wdzięcznym, nacechowanym ironią i świeżością (określenie dość paradoksalne w stosunku do książki napisanej w 1928 r.). Płynności narracji nie należy, oczywiście, w tym wypadku zbytnio ufać: biografia Orlanda (Orlandy) składa się tak naprawdę ze starannie nakreślonych miniaturowych obrazków, umieszczenie których w kontekście długiego trwania historii i literatury daje dopiero wrażenie większej całości. W jednym z tych „fragmentów” bohater(ka) będzie młodym szlachcicem zanurzającym twarz w nie zmienianych przez miesiąc sukniach królowej Elżbiety, w innym – damą przyjmującą w swym domu największe sławy brytyjskiej literatury, w jeszcze innym – pędzącą automobilem ulicami Londynu istotą poszukującą własnej tożsamości. W każdym wypadku zaś cały świat przedstawiony objawiać się będzie jako holistyczny obrazek: natura przybierać będzie właściwości, za jakie ceniono ją w danej epoce (np. mgliste, deszczowe krajobrazy ukochane przez romantyków), w której przejawiać się będzie charakterystyczny dla niej duch, z którym kolei zmierzyć się przyjdzie (w konsekwencji: zaakceptować lub zakwestionować) Orlandowi (Orlandzie). W tej powieści każde niemal zdanie niesie potencjał, który w każdej chwili uczynić je może centrum refleksji natury estetycznej, filozoficznej, egzystencjalnej czy artystycznej. Jedno z nich wydaje mi się szczególnie odpowiednim podsumowaniem wrażenia, jakie dawać może kontakt z książką Virginii Woolf: „Tak więc siedział Orlando i czytał – człowiek nagi”…
Nie zdradzając nic z najbardziej smakowitych fragmentów powieści, na zakończenie przytoczę jeszcze jedną myśl Benjamina – znowu trafną, moim zdaniem, w odniesieniu do wpływu, jaki mieć może Orlando na czytelnika: „Dziecko niewymownie przejmuje się akcją i słowami, które padają, a kiedy wstaje, jest od stóp do głów ośnieżone tym, co przeczytało”. Jak się okazuje, wypowiedź mężczyzny oddać może to niezwykłe, racjonalnie trudne do wyjaśnienia – nie tylko intelektualne, emocjonalne, ale i wręcz zmysłowe – wrażenie „ośnieżenia”, jakiego doznaje się w kontakcie z prozą „feministycznej” pisarki.
Recenzja Magdaleny Kempny
Walter Benjamin, pisząc o nostalgii związanej z dziecięcym, „pierwszym” doświadczeniem czytania, posługuje się specyficzną metaforą: „Dziś chodzić potrafię, uczyć się już nie”. Rzeczywiście, zwykle bywa tak, że po prostu „umiemy” czytać – czyli także analizować i interpretować – i rzadko powracają do nas uczucia, jakich doznawaliśmy, kiedy dopiero się uczyliśmy, gdy pokonywaliśmy niezliczone (z dzisiejszego punktu widzenia błahe) przeszkody, stawialiśmy pierwsze samodzielne kroki (dziś powiedzielibyśmy raczej: kroczki). Benjaminowska analogia między chodzeniem i czytaniem może kryć przy tym dodatkowe znaczenia: chociaż każdy z nas w miarę upływu czasu wykształca własny, charakterystyczny chód, to naprawdę poruszamy się – w ogólnych zarysach – tak jak inni. Któż ośmieliłby się spróbować chodzić na rękach? Podobnie jest z literaturą: każdy z nas ma własny styl lektury, ale – generalizując – częściej ulegamy utrwalonym społecznie typom odbioru danego tekstu niż próbujemy wyjść im naprzeciw. W czytaniu – a szczególnie tym ukierunkowanym krytycznie i naukowo – pojawiają się rozmaite mody.
Refleksje związane z myślą Benjamina nasunęły mi się automatycznie na marginesie lektury Orlanda Virgini Woolf. Najpierw, bo już w zetknięciu z okładką książki, pojawiła się myśl dotycząca literaturoznawczej mody: wyraźnie odcinający się od ciemnoróżowego tła biały napis – „Od lat niewydawana w Polsce najważniejsza powieść feministyczej autorki […] Orlando, genderowa powieść o dwoistości ludzkiej istoty […] jest zaliczana do klasyki literatury dwudziestego wieku” – mówi niejako sam za siebie. Rzecz jasna, kwestia pisarstwa kobiet jest niezwykle ważnym dla twórczości brytyjskiej autorki kontekstem. Orlando jest bez wątpienia wielkim traktatem na temat płci, jej uwikłań w kulturowe reguły społecznego funkcjonowania, a także wpisanej w istotę ludzką – czego dowodzili psychoanalitycy – biseksualności. Powieść – jak zauważają autorzy wydawniczej notki – od lat nie była wydawana w Polsce. Można byłoby się zastanowić dlaczego nie była, skoro należy „do klasyki dwudziestego wieku”. Nieco przekornie zapytam jednak o co innego: dlaczego właśnie teraz jest wydawana? Oczywiście, chwalebnym zamierzeniem jest wznawianie dzieł wybitnych i zasługujących ze wszech miar na zainteresowanie, ale odpowiedź na postawione przeze mnie pytanie ma jednak swój wymiar ściśle pragmatyczny. Chodzi oczywiście o modę na gender studies. Nie trzeba być wcale fanem Kazimiery Szczuki, by zorientować się, że refleksja nad płcią w jej wymiarze kulturowym jest obecnie bardzo popularnym nurtem w krytyce i literaturoznawstwie. A dla tych, którzy tą dziedziną (albo kwestiami niejako pokrewnymi, np. teoriami queer) się zajmują, Orlando stanowi prawdziwą gratkę. Historia młodego szlachcica z czasów królowej Elżbiety, którego płeć ulega w pewnej chwili zmianie, ale nigdy nie stabilizuje się do końca jako jednoznacznie kobieca, jest bogata w odnośniki pozwalające na snucie genderowych refleksji (w pewien sposób sama taką refleksją będąc).
Nie umniejszając w żaden sposób roli gender studies ani krytyki feministycznej, pozwolę sobie jednak na pójście nieco na przekór modzie. Skłania mnie do tego ów niepokojący szyld „feministycznej pisarki” ciążący nad Virginią Woolf, która co prawda przywiązywała wielką wagę do spraw pisarstwa kobiet (Własny pokój jest na to wybitnym przykładem), ale w swojej twórczości wyszła, jak sądzę, daleko poza ramy – nawet szeroko rozumianego – feminizmu. Pewną pomocą jest przy tym dla mnie cytowana wyżej myśl Waltera Benjamina.
Jeśli autor Pasaży ma rację, tęsknota za czasami, w których „uczyliśmy się chodzić” (czyli czytać) nie może być zaspokojona. Sądzę jednak, że czasem – być może bardzo rzadko – udaje się coś z aury momentów stawiania pierwszych, zapewne nieporadnych, kroków uchwycić. Orlando jest jedną z powieści, dzięki którym to sięgnięcie w zmitologizowaną przez Benjamina przeszłość umożliwiają, choć nie w sensie dosłownym, oczywiście. Książka Virginii Woolf każe mi się zatrzymać i zacząć uczyć się na nowo radości czytania. Dlaczego? Odpowiedź jest banalnie prosta: Orlando to rzecz napisana znakomicie, jedyna w swoim rodzaju nie tylko pod względem tematu, ale i wartości stricte artystycznych.
O samej narracji – niezwykle interesującej, ustanawiającej rzadko spotykany dystans między autorem (autorką) a bohaterem (bohaterką) z jednej a czytelnikiem (czytelniczką) z drugiej strony – można byłoby napisać długi traktat teoretyczny, nie wspominając już o kwestiach takich jak poetyckie walory stylu czy umiejętność snucia przez Woolf najbardziej esencjonalnych dla większości twórców refleksji dotyczących natury samego pisarstwa tonem wdzięcznym, nacechowanym ironią i świeżością (określenie dość paradoksalne w stosunku do książki napisanej w 1928 r.). Płynności narracji nie należy, oczywiście, w tym wypadku zbytnio ufać: biografia Orlanda (Orlandy) składa się tak naprawdę ze starannie nakreślonych miniaturowych obrazków, umieszczenie których w kontekście długiego trwania historii i literatury daje dopiero wrażenie większej całości. W jednym z tych „fragmentów” bohater(ka) będzie młodym szlachcicem zanurzającym twarz w nie zmienianych przez miesiąc sukniach królowej Elżbiety, w innym – damą przyjmującą w swym domu największe sławy brytyjskiej literatury, w jeszcze innym – pędzącą automobilem ulicami Londynu istotą poszukującą własnej tożsamości. W każdym wypadku zaś cały świat przedstawiony objawiać się będzie jako holistyczny obrazek: natura przybierać będzie właściwości, za jakie ceniono ją w danej epoce (np. mgliste, deszczowe krajobrazy ukochane przez romantyków), w której przejawiać się będzie charakterystyczny dla niej duch, z którym kolei zmierzyć się przyjdzie (w konsekwencji: zaakceptować lub zakwestionować) Orlandowi (Orlandzie). W tej powieści każde niemal zdanie niesie potencjał, który w każdej chwili uczynić je może centrum refleksji natury estetycznej, filozoficznej, egzystencjalnej czy artystycznej. Jedno z nich wydaje mi się szczególnie odpowiednim podsumowaniem wrażenia, jakie dawać może kontakt z książką Virginii Woolf: „Tak więc siedział Orlando i czytał – człowiek nagi”…
Nie zdradzając nic z najbardziej smakowitych fragmentów powieści, na zakończenie przytoczę jeszcze jedną myśl Benjamina – znowu trafną, moim zdaniem, w odniesieniu do wpływu, jaki mieć może Orlando na czytelnika: „Dziecko niewymownie przejmuje się akcją i słowami, które padają, a kiedy wstaje, jest od stóp do głów ośnieżone tym, co przeczytało”. Jak się okazuje, wypowiedź mężczyzny oddać może to niezwykłe, racjonalnie trudne do wyjaśnienia – nie tylko intelektualne, emocjonalne, ale i wręcz zmysłowe – wrażenie „ośnieżenia”, jakiego doznaje się w kontakcie z prozą „feministycznej” pisarki.
Recenzja Magdaleny Kempny
Virginia Woolf: Chwile istnienia
Virginia Woolf: Chwile istnienia
„Chwile istnienia” Virginii Woolf to bardzo ważny zbiór pięciu esejów niepublikowanych za życia pisarki, które doskonale uzupełniają się z „Dziennikami” i gdyby tylko Virginia dłużej mogła nad nimi popracować, stałyby się pewnie częścią jej autobiografii, którą zamierzała napisać.
Od pierwszych bowiem prób literackich wzorując się na ojcu, który był znanym biografem (George Eliot, Alexander Pope, Jonathan Swift, Thomas Hobbes), czuła sentyment do tego rodzaju pisarstwa i to właśnie życiorysy członków rodziny i najbliższych przyjaciół stanowiły sporą część jej wczesnych notatek.
Mając dwadzieścia pięć lat, będąc już w trakcie pisania pierwszej powieści o początkowym tytule „Malymbrosia” – później „The Voyage Out” („Podróż w świat”), zaczęła pisać biografię swojej ukochanej starszej siostry Vanessy, skierowaną do jej mającego się narodzić dopiero dziecka, jak się później okazało syna Juliana. I to właśnie szkic „Wspomnienia”, poniekąd biografia Vanessy, poniekąd autobiograficzne wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości, otwiera cykl esejów „Chwile istnienia”, wydany przez Twój Styl.
Ten pierwszy obraz to olbrzymi wiktoriański dom dzieciństwa Virginii w londyńskiej dzielnicy Kensington, przy ulicy Hyde Park Gate, w którym mieszkało ośmioro dzieci: Laura (1870) – córka Lesliego Stephena z pierwszego małżeństwa; George (1868), Stella(1869) i Gerald (1870) – dzieci Julii Duckworth z pierwszego małżeństwa oraz wspólne dzieci Julii i Lesliego – Vanessa (1879), Thoby (1880), Virginia (1882) i Adrian (1883). Dzieci prowadziły życie zorganizowane z wielką prostotą i regularnością, były nauczane przez rodziców, obsługiwane przez służbę ,grały w krykieta, spacerowały, jeździły corocznie na wakacje do letniego domu Talland House w Kornwalii (od roku 1882r, w którym urodziła się Virginia przez następne 12 lat). Wspomnienia te dotyczą jednak przede wszystkim trzech kobiet: siostry Vanessy, matki Julii Stephen, która przedwcześnie umarła, oraz przyrodniej siostry Stelli Duckworth, na którą przeszły obowiązki ciągnięcia „wózka z młodymi istotami rodziny Stephensów”. Jednak niebawem śmierć brutalnie wkracza ponownie zabierając młodą mężatkę Stellę, i dziedzictwo rodzinnych komplikacji i bólu przypada osiemnastoletniej wówczas Vanessie. Kolejne „siedem smutnych lat” to ciąg nowych traumatycznych przeżyć jakie nie opuszczają od lat sióstr, jednak tym razem nie śmierć jest ich podstawą , a tyrania ojca i molestowanie przez przyrodniego brata Georga.
Kolejne trzy eseje łączą się w tytuł „Szkice dla Klubu Wspomnień” i były pisane na zamówienie w latach 1920 i 1930 dla Klubu będącego przegrupowaniem dawnego przedwojennego Bloomsbury. Teksty te Virginia odczytywała na głos członkom Klubu. To wspomnienia o wprowadzeniu Virginii i Vanessy przez Georga w świat eleganckiego Bloomsbury i inteligentnego Londynu; mało eleganckie stroje zostały zamienione w atłasowe suknie, na szyjach błyszczały drogie kamienie, pod dom podjeżdżały dorożki, a stopniowy sukces towarzyski nadawał promienności zmęczonym smutkiem twarzom sióstr Stephen. Jednak długo trwało nim owy sukces tak naprawdę nastąpił i nim Virginia spotkania towarzyskie traktowała jako coś przyjemnego, bo w początkowym stadium, kiedy jeszcze pojawiała się wszędzie u boku przyrodniego brata Georga, była przez niego wiecznie ganiona i uciszana.
Ostatni, ale zdecydowanie najobszerniejszy i najpiękniejszy tekst to „Szkice z przeszłości”, który pisany był na przełomie lat 1939 i 1940 (ostatni zapisek – cztery miesiące przed śmiercią), ale tak jak pozostałe obejmuje tylko czasy dzieciństwa i panieństwa pisarki. Virginia na początku próbuje zastanowić się nad sposobem, w jaki powinna opisywać siebie, jak tworzyć autobiografię, co brać za wzór, jaki przyjąć schemat. Powodem tych wątpliwości było to, że tak trudno jest opisać jakąkolwiek istotę ludzką: „Nie wiem jak dalece różnię się od innych” – pisała.
Te pierwsze wspomnienia to zmiana pokoju dziecinnego, ciemność, zamieszanie kiedy szło się na górę do łóżka; mama w białym szlafroku na balkonie, kwiaty passiflory w fioletowe prążki pnące się po murze; St. Ives brzęczący, słoneczny, pachnący tyloma zapachami naraz; ogrodnik kopiący grządkę szparagów, służąca trzepiąca dywanik. Wspinanie się po skałach, wdrapywanie na drzewa, przeglądanie się w niedużym lustrze w wieku siedmiu lat … skrępowanie, onieśmielenie, półka obok jadalni. Gerald i jego dłonie … W 1895 roku w maju sielskość się kończy, umiera matka Virginii i ona jako trzynastolatka nie jest w stanie się z tym pogodzić; mama już na zawsze stanie się jej obsesją… Tutaj ponownie Virginia wraca do wielu wspomnień o mamie, jej młodości, pierwszym małżeństwie, ośmiu latach wdowieństwa i kolejnym związku; o jej smutku, prostocie, surowości. O jej śmierci. Bardziej niż w pierwszym eseju rozwinęła wątek narzeczeństwa siostry przyrodniej Stelli, a także jej śmierci trzy miesiące po ślubie. Wówczas Virginia miała piętnaście i pół roku, jej siostra Vanessa osiemnaście i zostały jedynymi kobietami w domu. Kobietami ojca, tymi, które musiały tolerować jego wybuchowe usposobienie, podawać mu podwieczorek, uczestniczyć z nim w środowych nasiadówkach dotyczących rachunków domowych. Jego niezaspokojone pragnienie bycia geniuszem doprowadzało go do dużego przygnębienia, często milczenia i posępności; na co dzień żył jakby na pamięć, pisząc bezustannie palił fajkę i był wtedy zupełnie nieprzystępny. Wraz z jego śmiercią Virginia Woolf odetchnęła z ulgą i zaczęła znacznie intensywniej poświęcać się pisaniu.
W „Szkicach z przeszłości” wyczuwalny jest bardziej niż w poprzednich esejach styl wypracowany przez Virginię przez wiele lat; melodyczny, malowniczy, pełen odniesień do kolorów, zapachów, przeżyć, szczegółów. Charakterystyczny, często lekko rozproszony, ale nigdy chaotyczny. Dla wielu czytelników jednak nudny, wręcz męczący i w żaden sposób niewciągający. Mimo wszystko czytając Woolf czuję się jakbym przesiadła się z pędzącego pociągu na pokład dostojnie wiszącego ponad chmurami balonu. Mnie pisarstwo Woolf nieustannie zachwyca, bo jest na tyle głębokie, że pozwala zobaczyć dno, poczuć, że to już ten moment, po którym nic więcej nie ma. Dalsza decyzja zależy ode mnie. Mogę się odbić albo tam pozostać.
Zdecydowanie „Chwile istnienia” polecałabym raczej tylko wielbicielom Virginii Woolf bądź czytelnikom, którzy po przeczytaniu którejś z jej książek chcieliby zapoznać się z życiorysem pisarki, a obszerna biografia Quentina Bella ich przeraża. Jako dzieło samo w sobie sporej części czytelników zapewne nie zadowoli.
Recenzja Marioli Sznapki
Karuzela kobiecego życia
„Chwile istnienia” Virginii Woolf to bardzo ważny zbiór pięciu esejów niepublikowanych za życia pisarki, które doskonale uzupełniają się z „Dziennikami” i gdyby tylko Virginia dłużej mogła nad nimi popracować, stałyby się pewnie częścią jej autobiografii, którą zamierzała napisać.
Od pierwszych bowiem prób literackich wzorując się na ojcu, który był znanym biografem (George Eliot, Alexander Pope, Jonathan Swift, Thomas Hobbes), czuła sentyment do tego rodzaju pisarstwa i to właśnie życiorysy członków rodziny i najbliższych przyjaciół stanowiły sporą część jej wczesnych notatek.
Mając dwadzieścia pięć lat, będąc już w trakcie pisania pierwszej powieści o początkowym tytule „Malymbrosia” – później „The Voyage Out” („Podróż w świat”), zaczęła pisać biografię swojej ukochanej starszej siostry Vanessy, skierowaną do jej mającego się narodzić dopiero dziecka, jak się później okazało syna Juliana. I to właśnie szkic „Wspomnienia”, poniekąd biografia Vanessy, poniekąd autobiograficzne wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości, otwiera cykl esejów „Chwile istnienia”, wydany przez Twój Styl.
Ten pierwszy obraz to olbrzymi wiktoriański dom dzieciństwa Virginii w londyńskiej dzielnicy Kensington, przy ulicy Hyde Park Gate, w którym mieszkało ośmioro dzieci: Laura (1870) – córka Lesliego Stephena z pierwszego małżeństwa; George (1868), Stella(1869) i Gerald (1870) – dzieci Julii Duckworth z pierwszego małżeństwa oraz wspólne dzieci Julii i Lesliego – Vanessa (1879), Thoby (1880), Virginia (1882) i Adrian (1883). Dzieci prowadziły życie zorganizowane z wielką prostotą i regularnością, były nauczane przez rodziców, obsługiwane przez służbę ,grały w krykieta, spacerowały, jeździły corocznie na wakacje do letniego domu Talland House w Kornwalii (od roku 1882r, w którym urodziła się Virginia przez następne 12 lat). Wspomnienia te dotyczą jednak przede wszystkim trzech kobiet: siostry Vanessy, matki Julii Stephen, która przedwcześnie umarła, oraz przyrodniej siostry Stelli Duckworth, na którą przeszły obowiązki ciągnięcia „wózka z młodymi istotami rodziny Stephensów”. Jednak niebawem śmierć brutalnie wkracza ponownie zabierając młodą mężatkę Stellę, i dziedzictwo rodzinnych komplikacji i bólu przypada osiemnastoletniej wówczas Vanessie. Kolejne „siedem smutnych lat” to ciąg nowych traumatycznych przeżyć jakie nie opuszczają od lat sióstr, jednak tym razem nie śmierć jest ich podstawą , a tyrania ojca i molestowanie przez przyrodniego brata Georga.
Kolejne trzy eseje łączą się w tytuł „Szkice dla Klubu Wspomnień” i były pisane na zamówienie w latach 1920 i 1930 dla Klubu będącego przegrupowaniem dawnego przedwojennego Bloomsbury. Teksty te Virginia odczytywała na głos członkom Klubu. To wspomnienia o wprowadzeniu Virginii i Vanessy przez Georga w świat eleganckiego Bloomsbury i inteligentnego Londynu; mało eleganckie stroje zostały zamienione w atłasowe suknie, na szyjach błyszczały drogie kamienie, pod dom podjeżdżały dorożki, a stopniowy sukces towarzyski nadawał promienności zmęczonym smutkiem twarzom sióstr Stephen. Jednak długo trwało nim owy sukces tak naprawdę nastąpił i nim Virginia spotkania towarzyskie traktowała jako coś przyjemnego, bo w początkowym stadium, kiedy jeszcze pojawiała się wszędzie u boku przyrodniego brata Georga, była przez niego wiecznie ganiona i uciszana.
Ostatni, ale zdecydowanie najobszerniejszy i najpiękniejszy tekst to „Szkice z przeszłości”, który pisany był na przełomie lat 1939 i 1940 (ostatni zapisek – cztery miesiące przed śmiercią), ale tak jak pozostałe obejmuje tylko czasy dzieciństwa i panieństwa pisarki. Virginia na początku próbuje zastanowić się nad sposobem, w jaki powinna opisywać siebie, jak tworzyć autobiografię, co brać za wzór, jaki przyjąć schemat. Powodem tych wątpliwości było to, że tak trudno jest opisać jakąkolwiek istotę ludzką: „Nie wiem jak dalece różnię się od innych” – pisała.
Te pierwsze wspomnienia to zmiana pokoju dziecinnego, ciemność, zamieszanie kiedy szło się na górę do łóżka; mama w białym szlafroku na balkonie, kwiaty passiflory w fioletowe prążki pnące się po murze; St. Ives brzęczący, słoneczny, pachnący tyloma zapachami naraz; ogrodnik kopiący grządkę szparagów, służąca trzepiąca dywanik. Wspinanie się po skałach, wdrapywanie na drzewa, przeglądanie się w niedużym lustrze w wieku siedmiu lat … skrępowanie, onieśmielenie, półka obok jadalni. Gerald i jego dłonie … W 1895 roku w maju sielskość się kończy, umiera matka Virginii i ona jako trzynastolatka nie jest w stanie się z tym pogodzić; mama już na zawsze stanie się jej obsesją… Tutaj ponownie Virginia wraca do wielu wspomnień o mamie, jej młodości, pierwszym małżeństwie, ośmiu latach wdowieństwa i kolejnym związku; o jej smutku, prostocie, surowości. O jej śmierci. Bardziej niż w pierwszym eseju rozwinęła wątek narzeczeństwa siostry przyrodniej Stelli, a także jej śmierci trzy miesiące po ślubie. Wówczas Virginia miała piętnaście i pół roku, jej siostra Vanessa osiemnaście i zostały jedynymi kobietami w domu. Kobietami ojca, tymi, które musiały tolerować jego wybuchowe usposobienie, podawać mu podwieczorek, uczestniczyć z nim w środowych nasiadówkach dotyczących rachunków domowych. Jego niezaspokojone pragnienie bycia geniuszem doprowadzało go do dużego przygnębienia, często milczenia i posępności; na co dzień żył jakby na pamięć, pisząc bezustannie palił fajkę i był wtedy zupełnie nieprzystępny. Wraz z jego śmiercią Virginia Woolf odetchnęła z ulgą i zaczęła znacznie intensywniej poświęcać się pisaniu.
W „Szkicach z przeszłości” wyczuwalny jest bardziej niż w poprzednich esejach styl wypracowany przez Virginię przez wiele lat; melodyczny, malowniczy, pełen odniesień do kolorów, zapachów, przeżyć, szczegółów. Charakterystyczny, często lekko rozproszony, ale nigdy chaotyczny. Dla wielu czytelników jednak nudny, wręcz męczący i w żaden sposób niewciągający. Mimo wszystko czytając Woolf czuję się jakbym przesiadła się z pędzącego pociągu na pokład dostojnie wiszącego ponad chmurami balonu. Mnie pisarstwo Woolf nieustannie zachwyca, bo jest na tyle głębokie, że pozwala zobaczyć dno, poczuć, że to już ten moment, po którym nic więcej nie ma. Dalsza decyzja zależy ode mnie. Mogę się odbić albo tam pozostać.
Zdecydowanie „Chwile istnienia” polecałabym raczej tylko wielbicielom Virginii Woolf bądź czytelnikom, którzy po przeczytaniu którejś z jej książek chcieliby zapoznać się z życiorysem pisarki, a obszerna biografia Quentina Bella ich przeraża. Jako dzieło samo w sobie sporej części czytelników zapewne nie zadowoli.
Recenzja Marioli Sznapki
Karuzela kobiecego życia
Subskrybuj:
Posty (Atom)