„Ważność przedmiotu wymaga nader ścisłego obejrzenia się w wszystkich jego szczegółach. Chodzi tu o walkę z stogłówną powagą świata uczonego. Przystoi sumiennemu napastnikowi do walki takiej należycie się przygotować.” Tymi słowy Wojciech Cybulski, piastujący w połowie XIX w. funkcję profesora literatury i języków słowiańskich na Uniwersytecie Wrocławskim zakończył swą pracę O runach słowiańskich. Czy kontynuował krucjatę w imię idei zaprezentowanej w omawianej książce? Tego – niestety - nie wiem. Mało brakowało a mgła zapomnienia okryłaby i cytowaną przeze mnie pozycję. Takiemu rozwojowi wypadków zapobiegło jednak sandomierskie wydawnictwo Armoryka wydając w tym roku reprint pozycji sprzed 150 lat.
Dziełko „O runach słowiańskich” powstało w dobie zaborów i jak wiele mu podobnych przypisać je należy do pokrytego patyną czasu nurtu historyzmu patriotycznego. W owej dobie prócz Rosjan i Czarnogórców pełną wolnością nie cieszył się żaden inny lud naszej rodziny językowej. Nie powinno zatem dziwić, iż liczni słowiańscy naukowcy powodowani szlachetnymi uczuciami chwytali ochoczo pióra by choćby słowem przypomnieć światu o istnieniu jęczących w niewoli narodów. Na ogół efekty ich pracy zasługiwały na najwyższy szacunek, zdarzało się jednak, że nadgorliwość i dobre intencje dominowały nad naukową rzetelnością. Jaką zatem ocenę możemy wystawić doktorowi Cybulskiemu? Pozwólcie, że przed jej ujawnieniem postaram się ją uzasadnić.
Powszechnie znanym jest fakt, że rozliczne społeczności ludzkie od dawien dawna posiadały systemy umożliwiające przekazywanie wiadomości. Jedne z nich bywały z samej swej natury ulotne (jak np. dźwięki tam-tamów czy też arcyoryginalne gwizdy pasterzy z wysp Morza Śródziemnego), inne umożliwiały zachowanie przekazu na trwałe (np. kipu czy tamgi sarmackie). W miarę rozwoju i postępu umysłowego, w wielu miejscach globu ludzie poczęli tworzyć mniej lub bardziej skomplikowane systemy, które śmiało należy określić mianem pisma. Takich ułatwień w komunikacji dorobili się Sumerowie, Egipcjanie, Chińczycy, Grecy, Rzymianie, Aztekowie… Ale oprócz tychże „tytanów cywilizacji” własnymi, często pochodnymi od prawzorów, pismami poszczycić się mogły ludy stosunkowo późno pojawiające się na arenie dziejów. Wśród nich znaleźli się m.in.: Turcy ze swoim kök türk, Germanie z runami, a nawet plemiona nigeryjskie używające pisma zwanego nsibidi. W rozumieniu XIX wiecznych patriotycznie nastawionych historyków czeskich, słowackich, polskich, bułgarskich czy słoweńskich ich przodkowie od zamierzchłych czasów przynależeli do rodziny społeczności o wysokiej kulturze. Cóż jednak począć kiedy brak najistotniejszego, wręcz fundamentalnego dowodu, w postaci słowiańskiego pisma. Jest wprawdzie cyrylica i głagolica lecz są to wynalazki obce i stosunkowo późne. Warto zatem byłoby udowodnić, że wynalazek pisma nie był obcy naszym praszczurom już na długo przed misją morawską. Potrzeba matką wynalazku! Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiły się świadectwa „bezdyskusyjnie” wskazujące na przedchrześcijańską znajomość pisma wśród Słowian.
I w tym momencie musimy wspomnieć o autorze omawianej pozycji, który w kontekście radosnej twórczości kolegów po fachu wykazał się ponadprzeciętną, ba!, wręcz hiperkrytyczną postawą. Na kartach swej pracy bezlitośnie rozprawia się z rzekomymi odkryciami dokonanymi na tzw. hełmach styryjskich oraz na bałwanach „Czarnoboga” sprzed katedry w Bambergu. Wykorzystując współczesną wiedzę wytyka błędy w rozumowaniu zwolenników autentyczności zabytków, a czyni to stanowczo, sprawnie i jednocześnie z poszanowaniem zdania adwersarzy. Zamykając tę część wywodu wspomina, że z pozycji językoznawstwa, archeologii i historii oba świadectwa uznać trzeba za niewiarygodne. Nie jest jednak tak, że ostra krytyka stawia go w rzędzie przeciwników tezy o istnieniu pisma słowiańskiego. O nie! W drugiej części książki rozpatruje najbardziej chyba znane zdarzenie wiązane z artefaktami kojarzonymi z pradawnym pismem Słowian. Rozbiór przypadku tzw. kamieni mikorzyńskich jest najbardziej pasjonującym fragmentem „O runach słowiańskich”. Momentami przypomina prawdziwie sensacyjną historię! Należy również dodać, że Autor nie ograniczył się do wspomnienia o kilku najsłynniejszych zabytkach. Nie poprzestał też na najbardziej kontrowersyjnych, w rodzaju idoli prillwickich. Zakomunikował mianowicie także o tych mniej znanych, ale w jego opinii świadczących na korzyść przypuszczeń o istnieniu w zamierzchłych czasach rodzimego pisma słowiańskiego.
Siła argumentów zawartych w omawianej pracy jest zaiste olbrzymia. Zdaje się, że podczas lektury nawet zaprzysięgli sceptycy napotkać mogą treści, które solidnie zachwieją ich niewzruszonymi dotąd przekonaniami. Taki dreszcz emocji każdemu przydać się może.
Moja opinia o pracy dr W. Cybulskiego nie byłaby pełną gdybym nie wspomniał o jeszcze jednym aspekcie. Otóż, zważywszy na fakt, że książka wyszła spod pióra człowieka żyjącego przed półtora wiekiem, miłym zaskoczeniem jest łatwość z jaką ją się czyta. Każdy, kto choć raz pochylał się nad księgami „popełnionymi” przez autorów oglądających na własne oczy przemarsz Wielkiej Armii lub uczestniczących w wydarzeniach Powstania Listopadowego przyznać musi, że jest to walor niepośledni.
Dobre słowo należy się samemu Wydawnictwu, które specjalizując się w nisko-zyskownych nakładach udostępnia polskiemu czytelnikowi prawdziwe perełki światowej literatury. To naprawdę wielka rzecz.
Kończąc chcę podkreślić, że nie jestem czytelnikiem podatnym na tanie zachwyty i modne fascynacje. Z drugiej strony staram się doceniać wysiłek pisarzy wkładających serce w rozwikłanie tajemnic Historii. Takie credo zobowiązuje mnie do jasnej deklaracji: „O runach słowiańskich” warto mieć w swojej biblioteczce.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 25 sierpnia 2011
"Rzym" - A. Gabucci
We wstępie leksykonu zaznaczyła, iż w doborze zagadnień starała się zawęzić do tych, które dotyczą stolicy Imperium wraz z jego przedmieściami. Oczywiście te z góry narzucone ograniczenia geograficzne zostały pominięte przy omawianiu takich haseł jak miasto portowe w Ostii, czy Willa Hadriana w Tivoli.
Podobnie jak w innych leksykonach z tej serii wydawniczej, dokonano podziału treści na siedem większych rozdziałów tematycznych. Samo wydanie stoi na wysokim poziomie.
W rozdziale „Postacie” umieszczono charakterystyki wybitnych osobistości starożytnego Rzymu, które ułożone zostały chronologicznie. Standardowo grupę tę otwierają mityczni założyciele Miasta – bliźniacy Romulus i Remus. Trochę informacji znajdziemy o towarzyszącej im legendzie oraz o przed urbanistycznej osadzie na Palatynie z VIII w. p.n.e.. Następnie autorka od razu przechodzi do schyłku republiki, przedstawiając reprezentantów I triumwiratu - Pompejusza i Cezara. Przy obu zwrócono jednak głównie uwagę na ich zasługi budowlane dla Rzymu. Brak jest opisu kariery politycznej – wzajemnej współpracy, czy późniejszej rywalizacji dwóch wielkich mężów stanu. Twórcę pryncypatu - Oktawiana Augusta (z żoną Liwią), poznajemy w leksykonie głównie od strony najważniejszych założeń jego reformy administracyjnej (m.in. rozbudowa stolicy Imperium i jej podział na 14 dzielnic). Interesującą parą postaci, która przyczyniła się do sukcesu propagandowego pierwszego princepsa był poeta Wergiliusz wraz ze swoim patronem Mecenasem. Kolejni, którzy zostali omówieni to: Neron i jego nauczyciel Seneka, Flawiusze, Trajan ze swoim słynnym architektem Apollodorosem z Damaszku, Hadrian i faworyt cesarza - Antinous, dynastie Antoninów, a także Sewerów. Listę zamykają Dioklecjan (cesarz odpowiedzialny za wprowadzenie nowego ustroju politycznego - dominatu) i Konstantyn (uzdolniony władca, znany m.in. z edyktu mediolańskiego z 313 roku). Sam dobór postaci nie zaskakuje. Jest on dość przekrojowy. Jak już wcześniej zaznaczyłem, skupiono się jednak przeważnie na powstających nowych obiektach architektonicznych, które związane były z działalnością danego władcy. Ważniejsze wydarzenia polityczne wymieniono tylko na marginesach, co wydaje się rozwiązaniem niewystarczającym.
Po tym lekkim rozczarowaniu, drugi rozdział - „Władza i życie publiczne” prezentuje się zdecydowanie lepiej. Poznajemy najważniejsze urzędy państwa – archiwum państwowe (Tabularium), czy skarbiec mieszczący się w podium świątyni Saturna na Forum Romanum. Mamy możliwość prześledzenia poszczególnych etapów kariery politycznej (Cursus honorum), oraz zapoznania się z systemem rozdawnictwa żywności (Annona). Społeczeństwo rzymskie zobrazowano na podstawie średnio zamożnej klasy ekwitów i wyższej warstwy patrycjuszy, których reprezentanci zasiadali w Senacie. Ze względu jednak na skrótowość, opis ten nie był dla mnie w pełni zrozumiały. Kilka podpunktów traktuje o machinie wojennej Imperium (Pretorianie, Wojsko) i przysługującemu zwycięskiemu wodzowi wyróżnieniu, jakim był Triumf.
Kolejny rozdział pt. „Bóstwa i religia” jest jednym z najbardziej rozbudowanych. Oprócz bogów typowo rzymskich (np. Triada Kapitolińska), czy też tych, które zostały „zapożyczone” z Grecji, natkniemy się również na kulty orientalne (Mitra), przybyłe do Rzymu w okresie nieco późniejszym. Każde z nich zilustrowane jest w książce poprzez odpowiedni zabytek (posąg bądź relief). Dzięki nim łatwo możemy zidentyfikować danego boga z jego atrybutami. Warto zaznaczyć, iż nie pominięto pomniejszych bóstw, które przynależały do kultu domowego, nad którym pieczę sprawował pater familias (głowa rodziny). W następnych podrozdziałach wytłumaczono takie zagadnienia jak: przebieg rytuału religijnego, różne sposoby wróżenia, deifikacja rodziny cesarskiej, struktura kolegiów kapłańskich. Zabytki wydobyte ze źródła Anny Perenny w sposób wyjątkowo ciekawy zarysowały istniejący w starożytnym Rzymie folklor i magię.
Organizacja życia mieszkańców miasta i związane z tym zarówno trudy i udogodnienia, są przedmiotem nowego rozdziału. Duża ilość dobrze dobranych przedstawień reliefowych (freski, mozaiki, płyty sarkofagów), ale przede wszystkim przedmioty codziennego użytku w przystępnej formie starają się przybliżyć czytelnikowi realia tamtych czasów. Przyjrzano się systemowi edukacji. Inną omówioną tutaj instytucją społeczną jest małżeństwo, które posiadało bardzo liberalne prawo. Zamieszczone fragmenty z Pieśni Horacego, również z książki kucharskiej Celiusza Apicjusza, powiedzą nam co nieco o kulinarnych upodobaniach Rzymian. Zachowane popiersia, a także posągi umożliwiają prześledzenie zmian zachodzących w ówczesnej modzie (ubiór, fryzura). Z powyższych przykładów widać, iż starano się podejść do tematu tego rozdziału w sposób wielopłaszczyznowy.
W „Świecie zmarłych” autorka zajęła się występującymi w Rzymie różnymi formami pochówku oraz uroczystościami im towarzyszącymi. Pomimo stosunkowo niewielkiego rozmiaru (24 strony), rozdział ten cechuje rzeczowe podejście do tej problematyki. Pozytywnie zaskakuje różnorodność zawartych tutaj przykładów. Nie tylko zajęto się grobowcami elit, ale poświęcono nie mało miejsca pochówkom osób z niższych warstw społecznych, których grzebano w zbiorowych założeniach dla kilkuset zmarłych. Mamy zatem zarówno monumentalne mauzolea (Cecylii Metelii, Augusta, Konstancji), jak również kolumbaria (niewolników i służących Liwii przy Via Appia) i podziemne katakumby (pierwszych wspólnot chrześcijańskich). W zależności od kondycji finansowej zmarłego jego grób mógł być skromną urną lub bogato zdobionym sarkofagiem (np. sarkofag „Grande Ludovisi”). Krótkie cytaty z dzieł Polibiusza, Tacyta, czy Seneki traktują o ceremoniale pogrzebowym. Opisy te dobrze współgrają z reliefami przedstawiającymi sceny rytualnej ofiary (libatio).
Urbanistyka antycznego Rzymu jest tematem szóstego rozdziału pt. „Miasto”. Na strukturę tej dużej jednostki osadniczej składały się różnego rodzaju założenia architektoniczne. Należały do nich: - miejsca przeznaczone do działalności gospodarczej (bazyliki, targi, porty); - budowle o charakterze sakralnym (świątynie, ołtarze i edykuły); - obiekty przeznaczone do rozrywki i zaspokajania potrzeb kulturalnych obywateli (teatry, amfiteatry, cyrki); - budynki mieszkalne (insule, domus, wille); - różnego rodzaju drogi i mosty; - fortyfikacje (mury wraz z bramami wjazdowymi); - instalacje wodne (łaźnie publiczne, akwedukty); Każdy z wymienionych typów został opatrzony odpowiednimi przykładami konkretnych obiektów.
Ostatni rozdział „Ośrodki i budowle” jest jakby rozwinięciem poprzedniego. Autorka wybrała osiemnaście różnych obiektów, które starała się dokładniej przybliżyć czytelnikowi. W grupie tej są m.in. Forum Romanum, Koloseum, Domus Aurea, Ara Pacis (Ołtarz Pokoju), Panteon. Trzeba pamiętać, iż część z tych założeń architektonicznych była użytkowana (w tym przekształcana) jeszcze w czasach nowożytnych. Niestety oprócz zdjęć ilustrujących obecny stan zachowania tych budowli, nie zamieszczono planów lub rekonstrukcji, dzięki którym moglibyśmy sobie wyobrazić jak w starożytności wyglądały te miejsca.
Na kończące pracę aneksy, składają się: plan Rzymu w IV wieku (dla mnie zbyt schematyczny i mało dokładny), lista dziesięciu rzymskich muzeów, chronologia - obejmująca przedział czasowy od założenia Rzymu w 754 roku p.n.e. (data tradycyjna) do upadku Cesarstwa Zachodniego w 476 rok n.e., indeks ogólny i krótka bibliografia z dodanymi ważniejszymi polskimi publikacjami.
Recenzowany tytuł pomimo kilku niedociągnięć jest pozycją poprawną. Czasami odczuwa się przewagę danych archeologicznych, nad pisanymi. Książka ta może być dobrym źródłem informacji dla osób, które interesują się starożytnym Rzymem i chciałyby uzupełnić swoją wiedzę, szczególnie w zakresie kultury materialnej tej cywilizacji. Wydaje mi się zaś, iż Ci którzy Rzymem zajmują się na co dzień, raczej nie zostaną tutaj niczym nowym zaskoczeni.
źródło: http://www.historia.org.pl/index.php/recenzje/recenzje/prehistoria-i-staroytno/2455-rzym-a-gabucci-recenzj.html
Podobnie jak w innych leksykonach z tej serii wydawniczej, dokonano podziału treści na siedem większych rozdziałów tematycznych. Samo wydanie stoi na wysokim poziomie.
W rozdziale „Postacie” umieszczono charakterystyki wybitnych osobistości starożytnego Rzymu, które ułożone zostały chronologicznie. Standardowo grupę tę otwierają mityczni założyciele Miasta – bliźniacy Romulus i Remus. Trochę informacji znajdziemy o towarzyszącej im legendzie oraz o przed urbanistycznej osadzie na Palatynie z VIII w. p.n.e.. Następnie autorka od razu przechodzi do schyłku republiki, przedstawiając reprezentantów I triumwiratu - Pompejusza i Cezara. Przy obu zwrócono jednak głównie uwagę na ich zasługi budowlane dla Rzymu. Brak jest opisu kariery politycznej – wzajemnej współpracy, czy późniejszej rywalizacji dwóch wielkich mężów stanu. Twórcę pryncypatu - Oktawiana Augusta (z żoną Liwią), poznajemy w leksykonie głównie od strony najważniejszych założeń jego reformy administracyjnej (m.in. rozbudowa stolicy Imperium i jej podział na 14 dzielnic). Interesującą parą postaci, która przyczyniła się do sukcesu propagandowego pierwszego princepsa był poeta Wergiliusz wraz ze swoim patronem Mecenasem. Kolejni, którzy zostali omówieni to: Neron i jego nauczyciel Seneka, Flawiusze, Trajan ze swoim słynnym architektem Apollodorosem z Damaszku, Hadrian i faworyt cesarza - Antinous, dynastie Antoninów, a także Sewerów. Listę zamykają Dioklecjan (cesarz odpowiedzialny za wprowadzenie nowego ustroju politycznego - dominatu) i Konstantyn (uzdolniony władca, znany m.in. z edyktu mediolańskiego z 313 roku). Sam dobór postaci nie zaskakuje. Jest on dość przekrojowy. Jak już wcześniej zaznaczyłem, skupiono się jednak przeważnie na powstających nowych obiektach architektonicznych, które związane były z działalnością danego władcy. Ważniejsze wydarzenia polityczne wymieniono tylko na marginesach, co wydaje się rozwiązaniem niewystarczającym.
Po tym lekkim rozczarowaniu, drugi rozdział - „Władza i życie publiczne” prezentuje się zdecydowanie lepiej. Poznajemy najważniejsze urzędy państwa – archiwum państwowe (Tabularium), czy skarbiec mieszczący się w podium świątyni Saturna na Forum Romanum. Mamy możliwość prześledzenia poszczególnych etapów kariery politycznej (Cursus honorum), oraz zapoznania się z systemem rozdawnictwa żywności (Annona). Społeczeństwo rzymskie zobrazowano na podstawie średnio zamożnej klasy ekwitów i wyższej warstwy patrycjuszy, których reprezentanci zasiadali w Senacie. Ze względu jednak na skrótowość, opis ten nie był dla mnie w pełni zrozumiały. Kilka podpunktów traktuje o machinie wojennej Imperium (Pretorianie, Wojsko) i przysługującemu zwycięskiemu wodzowi wyróżnieniu, jakim był Triumf.
Kolejny rozdział pt. „Bóstwa i religia” jest jednym z najbardziej rozbudowanych. Oprócz bogów typowo rzymskich (np. Triada Kapitolińska), czy też tych, które zostały „zapożyczone” z Grecji, natkniemy się również na kulty orientalne (Mitra), przybyłe do Rzymu w okresie nieco późniejszym. Każde z nich zilustrowane jest w książce poprzez odpowiedni zabytek (posąg bądź relief). Dzięki nim łatwo możemy zidentyfikować danego boga z jego atrybutami. Warto zaznaczyć, iż nie pominięto pomniejszych bóstw, które przynależały do kultu domowego, nad którym pieczę sprawował pater familias (głowa rodziny). W następnych podrozdziałach wytłumaczono takie zagadnienia jak: przebieg rytuału religijnego, różne sposoby wróżenia, deifikacja rodziny cesarskiej, struktura kolegiów kapłańskich. Zabytki wydobyte ze źródła Anny Perenny w sposób wyjątkowo ciekawy zarysowały istniejący w starożytnym Rzymie folklor i magię.
Organizacja życia mieszkańców miasta i związane z tym zarówno trudy i udogodnienia, są przedmiotem nowego rozdziału. Duża ilość dobrze dobranych przedstawień reliefowych (freski, mozaiki, płyty sarkofagów), ale przede wszystkim przedmioty codziennego użytku w przystępnej formie starają się przybliżyć czytelnikowi realia tamtych czasów. Przyjrzano się systemowi edukacji. Inną omówioną tutaj instytucją społeczną jest małżeństwo, które posiadało bardzo liberalne prawo. Zamieszczone fragmenty z Pieśni Horacego, również z książki kucharskiej Celiusza Apicjusza, powiedzą nam co nieco o kulinarnych upodobaniach Rzymian. Zachowane popiersia, a także posągi umożliwiają prześledzenie zmian zachodzących w ówczesnej modzie (ubiór, fryzura). Z powyższych przykładów widać, iż starano się podejść do tematu tego rozdziału w sposób wielopłaszczyznowy.
W „Świecie zmarłych” autorka zajęła się występującymi w Rzymie różnymi formami pochówku oraz uroczystościami im towarzyszącymi. Pomimo stosunkowo niewielkiego rozmiaru (24 strony), rozdział ten cechuje rzeczowe podejście do tej problematyki. Pozytywnie zaskakuje różnorodność zawartych tutaj przykładów. Nie tylko zajęto się grobowcami elit, ale poświęcono nie mało miejsca pochówkom osób z niższych warstw społecznych, których grzebano w zbiorowych założeniach dla kilkuset zmarłych. Mamy zatem zarówno monumentalne mauzolea (Cecylii Metelii, Augusta, Konstancji), jak również kolumbaria (niewolników i służących Liwii przy Via Appia) i podziemne katakumby (pierwszych wspólnot chrześcijańskich). W zależności od kondycji finansowej zmarłego jego grób mógł być skromną urną lub bogato zdobionym sarkofagiem (np. sarkofag „Grande Ludovisi”). Krótkie cytaty z dzieł Polibiusza, Tacyta, czy Seneki traktują o ceremoniale pogrzebowym. Opisy te dobrze współgrają z reliefami przedstawiającymi sceny rytualnej ofiary (libatio).
Urbanistyka antycznego Rzymu jest tematem szóstego rozdziału pt. „Miasto”. Na strukturę tej dużej jednostki osadniczej składały się różnego rodzaju założenia architektoniczne. Należały do nich: - miejsca przeznaczone do działalności gospodarczej (bazyliki, targi, porty); - budowle o charakterze sakralnym (świątynie, ołtarze i edykuły); - obiekty przeznaczone do rozrywki i zaspokajania potrzeb kulturalnych obywateli (teatry, amfiteatry, cyrki); - budynki mieszkalne (insule, domus, wille); - różnego rodzaju drogi i mosty; - fortyfikacje (mury wraz z bramami wjazdowymi); - instalacje wodne (łaźnie publiczne, akwedukty); Każdy z wymienionych typów został opatrzony odpowiednimi przykładami konkretnych obiektów.
Ostatni rozdział „Ośrodki i budowle” jest jakby rozwinięciem poprzedniego. Autorka wybrała osiemnaście różnych obiektów, które starała się dokładniej przybliżyć czytelnikowi. W grupie tej są m.in. Forum Romanum, Koloseum, Domus Aurea, Ara Pacis (Ołtarz Pokoju), Panteon. Trzeba pamiętać, iż część z tych założeń architektonicznych była użytkowana (w tym przekształcana) jeszcze w czasach nowożytnych. Niestety oprócz zdjęć ilustrujących obecny stan zachowania tych budowli, nie zamieszczono planów lub rekonstrukcji, dzięki którym moglibyśmy sobie wyobrazić jak w starożytności wyglądały te miejsca.
Na kończące pracę aneksy, składają się: plan Rzymu w IV wieku (dla mnie zbyt schematyczny i mało dokładny), lista dziesięciu rzymskich muzeów, chronologia - obejmująca przedział czasowy od założenia Rzymu w 754 roku p.n.e. (data tradycyjna) do upadku Cesarstwa Zachodniego w 476 rok n.e., indeks ogólny i krótka bibliografia z dodanymi ważniejszymi polskimi publikacjami.
Recenzowany tytuł pomimo kilku niedociągnięć jest pozycją poprawną. Czasami odczuwa się przewagę danych archeologicznych, nad pisanymi. Książka ta może być dobrym źródłem informacji dla osób, które interesują się starożytnym Rzymem i chciałyby uzupełnić swoją wiedzę, szczególnie w zakresie kultury materialnej tej cywilizacji. Wydaje mi się zaś, iż Ci którzy Rzymem zajmują się na co dzień, raczej nie zostaną tutaj niczym nowym zaskoczeni.
źródło: http://www.historia.org.pl/index.php/recenzje/recenzje/prehistoria-i-staroytno/2455-rzym-a-gabucci-recenzj.html
"Mezopotamia" - E. Ascalone
Mezopotamia
Autorem publikacji jest włoski archeolog Enrico Ascalone, wykładowca La Sapienza - Uniwersytet Rzymski oraz Istituto Universitario Lingue Moderne (IULM) w Mediolanie. Uczestniczył we włoskich wykopaliskach w Syrii (m.in. na stanowisku Ebla), a także we włosko-palestyńskiej misji archeologicznej w Tell es-Sultan (Jerycho).
Recenzowany tytuł jest częścią serii wydawniczej pod redakcją Ady Gabucci. Porządnie wydany, leksykon liczy, aż 368 stron. Posiada wiele wysokiej jakości fotografii poszczególnych zabytków, plany świątyń i miast oraz mapy, które odpowiednio dobrane ilustrują interesującą nas problematykę. Wizualnie całość robi na odbiorcy bardzo dobre wrażenie. Treść podzielona została na siedem rozdziałów tematycznych, na które składają się wybrane krótkie artykuły, opisujące dane zagadnienie. Autor napisał we „Wprowadzeniu”, iż jego książka „(…) pretenduje do miana syntezy świata mezopotamskiego (…)” (s.6).
W rozdziale „Pomiędzy historią a tradycją literacką” zawarto informacje o Sumeryjskiej Liście Królów oraz o na wpół legendarnych postaciach takich jak Gilgamesz i jego towarzysz Enkidu, czy drugim władcy I dynastii z Uruk – Enmerkarze.
Z sylwetkami ważniejszych historycznych władców Mezopotamii zetkniemy się w rozdziale pt. „Postacie”. Wśród nich są: Sargon Wielki (2334-2279 p.n.e.) – twórca imperium akadyjskiego i jego wnuk Naramsin (2254-2218 p.n.e.); Gudea (2150-2125 p.n.e.) – władca miasta-państwa Lagasz; Urnammu (2113-2096 p.n.e.) – założyciel III dynastii z Ur wraz z synem Szulgim (2096-2048 p.n.e.); Hammurabi (1792-1750 p.n.e.) – szósty władca I dynastii babilońskiej, na którego rozkaz spisano zbiór praw; Tukultininurta I (1243-1207 p.n.e.) – jeden z najzdolniejszych władców okresu średnioasryjskiego; siedmiu władców imperium nowoasyryjskiego z IX w. p.n.e. – Aszurnasirpal II, Salmanasar III, z VIII w. p.n.e. - Tiglatpilesar III, Sargon II, z VII w. p.n.e. - Senacheryb, Asarhaddon i Aszurbanipal. Listę zamyka trzech królów nowobabilońskich (626-539 p.n.e.) – Nabopolasar, Nabuchodonozor II i Nabonid. Do części informacji zawartych w rozdziale mam pewne zastrzeżenia. Charakterystyki władców są skromne. W opisie Aszurbanipala umieszczono zdanie, iż „(…) napływające z Północy ludy Kimmerów, Medów, Scytów, Mannejczyków podbiły Asyrię” (s.78). Jest to duże uproszczenie. Przy Salmanasarze III dziwi dobór najistotniejszych wydarzeń. Pominięto ważną bitwę pod Karkar (853 p.n.e.), czy też pierwsze wyprawy władcy Asyrii przeciwko rodzącemu się państwu Urartu. Złupioną w trakcie VIII kampanii Sargona II krainę Musasir autor lokalizuje w pobliżu jeziora Wan (s. 66), podczas gdy obecnie odrzuca się tą hipotezę i to starożytne miasto-państwo identyfikuje się ze stanowiskiem Mudjesir na pograniczu iracko-irańskim, nieopodal jeziora Urmia. Niektóre dane są mało precyzyjne. W bitwie pod Kisztan (743 p.n.e.) Tiglatpilesar III pokonał władcę Urartu Sarduri (s. 58), ale nie podano, że chodzi tutaj o drugiego króla o tym imieniu. Tak samo nie odnotowano udziału Elamitów pod wodzą Humban-umeny III w bitwie pod Hallule (691 p.n.e.) (s. 69.). Mimo, iż są to drobne uchybienia, to jednak brak tych informacji zaskakuje.
W następnym rozdziale - „Władza i życie publiczne” skupiono się na postaci króla w starożytnej Mezopotamii. Przedstawiono różne role jakie pełnił. Był najwyższym suwerenem, również reprezentantem bogów na ziemi. Ukazano króla m.in. jako kapłana (posąg Gudei z Lagasz), budowniczego (płyta wotywna króla Urnansze z Girsu), prawodawcę (Stela praw Hammurabiego), czy bohatera (reliefy Aszurnasirpala II z Nimrud). Na stronie 110 zamieszczono ilustrację fragmentu Steli Bankietowej Aszurnasirpala II i błędnie podpisano ją jako zabytek Adadnirari III z Tall-ar-Rimah. Podział na dziesięć funkcji władcy jakie zaprezentował autor, czasami sprawiał wrażenie trochę sztucznego. Niektóre aspekty (np. król budowniczy i król architekt), można by było potraktować wspólnie w jednym punkcie. Szkoda, iż nie zajęto się urzędnikami wyższego szczebla. Są oni dobrze udokumentowani (np. w okresie nowoasyryjskim) i odgrywali ważną rolę w życiu publicznym Imperium.
W leksykonie nie mogło zabraknąć części poświęconej sferze sacrum. Znajdziemy ją w rozdziale „Bóstwa i religia”. Bardziej szczegółowo przyjrzano się tylko trzem bogom (Enki/Ea, Szamasz/Utu, Dumuzi) oraz jednej bogini (Isztar/Inanna). W formie skróconej wymieniono kompetencje i tytuły personelu świątynnego. Los człowieka wraz z rolą wiernego opisano na podstawie mitu „Enki i Ninmanh” oraz zobrazowano figurkami adorantów z Esznunny. Natrafiamy także na informacje o demonach (np. Pazuzu – demon złych wiatrów) i duchach opiekuńczych. Dowiadujemy się o znaczeniu tych pierwszych w zaćmieniach księżyca. Drugą grupę zilustrowały lamassu („strażnicy bram”) z pałaców asyryjskich, które później zaadaptowane zostały w Persepolis (Brama Wszystkich Ludów). Ciekawym przykładem przedmiotów, które pełniły funkcje apotropaiczne są figurki psów składane jako depozyty fundacyjne w Pałacu Północnym Aszubanipala w Niniwie. Dwa ostatnie zagadnienia, którymi autor zajął się w rozdziale to rytuały ofiarne i uroczystości religijne - główne etapy święta Nowego Roku w Babilonie. Obrzędy podzielono na te, które związane były z określoną porą roku i na takie, które miały charakter czysto okazjonalny. Porównano oraz wydobyto różnice w przedstawieniach sceny prezentacji na pieczęciach cylindrycznych z okresu starobabilońskiego i renesansu sumeryjskiego.
Jednym z lepszych rozdziałów w książce, to ten zatytułowany „Życie codzienne”. Trzeba zaznaczyć, iż chodzi tutaj bardziej o życie elit społecznych tamtego obszaru, a nie przeciętnego obywatela starożytnego Międzyrzecza. Jeśli mówimy o biżuterii, która „(…) odgrywała ważną rolę w życiu mieszkańców Mezopotamii.”(s.219), autor powinien zaznaczyć, iż dotyczyło to tylko wąskiej grupy ludzi uprzywilejowanych – najbogatszych. W oparciu o zabytki takie jak: m.in. przedmioty z nekropolii królewskiej z Ur (hełm Meskalamduga, tzw. „sztandar z Ur”), czy posągi ważnych postaci (np. gubernatora Mari – Puzur-Isztara), pokazano królewską ucztę, której towarzyszyła muzyka i taniec; elementy ubioru, a także style uczesania. Z kolei kilka podpunktów (administracja, transport, rzemiosło, handel) traktuje o mechanizmach działania starożytnych państw i ich gospodarki. Tabelki (jednostki miar, różne formy znaków pisma klinowego) oraz mapy (rozprzestrzenienie występowania poszczególnych systemów wagowych, główne szlaki handlowe III tysiąclecia p.n.e.), nadają pewnej przejrzystości rozpatrywanym tutaj tematom. W tym miejscu chciałbym zatrzymać się jeszcze przy problematyce wojny, która znalazła się w omawianym rozdziale. Autor zamieścił kilka reliefów z przedstawieniami kampanii wojennych władców asyryjskich, ograniczając się tylko do ich opisu. Odczuwa się pewien niedosyt, związany z brakiem informacji o rodzaju uzbrojenia, logistyce armii i stopniowej ewolucji taktyki wojennej, która jest uchwytna również w źródłach pisanych - roczniki królewskie, raporty w formie listów do boga.
„Świat zmarłych” obejmuje zwyczaje pogrzebowe wraz z wizjami życia po śmierci. Przykładami królewskich pochówków są groby na nekropolii w Ur, z kolei okres późniejszy reprezentują trzy grobowce królowych z Nimrud. Sięgnięto nawet do czasów prehistorycznych, wymieniając słynną grotę Szanidar w Kurdystanie irackim z pochówkami szkieletowymi datowanymi na ok. 48-44 tys. lat p.n.e. (s. 269). Nie dopowiedziano jednak, iż chodzi o pochówek człowieka neandertalskiego z prawdopodobnymi śladami ceremonii pogrzebowej (grób 4, tzw. „flower burial”). To ważne stanowisko archeologiczne jest zupełnie oderwane od kontekstu kulturowego, czy chronologicznego i według mnie niepotrzebnie znalazło się w tej książce. Podobnie ma się rzecz z opisem czaszki z Jerycha (s.271).
W ostatniej części leksykonu omówiono ośrodki miejskie: Uruk, Nippur, Ur, Aszur, Kalchu, Durszarrukin, Niniwa, Babilon. Umieszczono plany topograficzne, rekonstrukcje świątyń i zdjęcia lotnicze, które w sposób przystępny ukazują czytelnikowi dane miasto.
Pracę zamykają aneksy. Zawierają one: - mapy i tablice chronologiczne (z pracy Mario Liveraniego Antico Oriente: storia, socjetà, economia), - niewielki indeks ogólny, - spis muzeów (wśród ośmiu nie uwzględniono przykładowo Metropolitan Museum of Art w Nowym Yorku), - podstawową bibliografię przedmiotu. Wskazane byłoby zamieszczenie osobnego słowniczka, który gromadziłby terminy akadyjskie i ich tłumaczenie w jednym miejscu.
Wystawienie oceny nie należy do zadania łatwego. Pojawienie się tej publikacji na naszym rynku wydawniczym jest czymś pozytywnym, biorąc pod uwagę ciągły deficyt takich tytułów w Polsce. Książka Enrico Ascalone jest pozycją dobrą, ale nie wybitną. Hasła zostały poprawnie dobrane, jednak często brakuje spójności trzech elementów – tekstu, ilustracji i map. Sama zaś treść w kilku miejscach ma zbyt ogólny charakter. Jest to dla mnie największy mankament. Obok części opracowanych bardzo kompetentnie, niestety spotykamy również partie, które odbiegają poziomem od nowoczesnego kompendium wiedzy. Porównując z już nieco starszą książką cenionego brytyjskiego archeologa Michaela Roaf’a - Cultural Atlas of Mesopotamia and The Ancient Near East (wydany w Polsce w 1998 roku), recenzowany leksykon włoskiego uczonego wypada słabiej.
źródło: http://www.historia.org.pl/index.php/recenzje/recenzje/prehistoria-i-staroytno/2424-mezopotamia-e-ascalone-recenzja.html
Autorem publikacji jest włoski archeolog Enrico Ascalone, wykładowca La Sapienza - Uniwersytet Rzymski oraz Istituto Universitario Lingue Moderne (IULM) w Mediolanie. Uczestniczył we włoskich wykopaliskach w Syrii (m.in. na stanowisku Ebla), a także we włosko-palestyńskiej misji archeologicznej w Tell es-Sultan (Jerycho).
Recenzowany tytuł jest częścią serii wydawniczej pod redakcją Ady Gabucci. Porządnie wydany, leksykon liczy, aż 368 stron. Posiada wiele wysokiej jakości fotografii poszczególnych zabytków, plany świątyń i miast oraz mapy, które odpowiednio dobrane ilustrują interesującą nas problematykę. Wizualnie całość robi na odbiorcy bardzo dobre wrażenie. Treść podzielona została na siedem rozdziałów tematycznych, na które składają się wybrane krótkie artykuły, opisujące dane zagadnienie. Autor napisał we „Wprowadzeniu”, iż jego książka „(…) pretenduje do miana syntezy świata mezopotamskiego (…)” (s.6).
W rozdziale „Pomiędzy historią a tradycją literacką” zawarto informacje o Sumeryjskiej Liście Królów oraz o na wpół legendarnych postaciach takich jak Gilgamesz i jego towarzysz Enkidu, czy drugim władcy I dynastii z Uruk – Enmerkarze.
Z sylwetkami ważniejszych historycznych władców Mezopotamii zetkniemy się w rozdziale pt. „Postacie”. Wśród nich są: Sargon Wielki (2334-2279 p.n.e.) – twórca imperium akadyjskiego i jego wnuk Naramsin (2254-2218 p.n.e.); Gudea (2150-2125 p.n.e.) – władca miasta-państwa Lagasz; Urnammu (2113-2096 p.n.e.) – założyciel III dynastii z Ur wraz z synem Szulgim (2096-2048 p.n.e.); Hammurabi (1792-1750 p.n.e.) – szósty władca I dynastii babilońskiej, na którego rozkaz spisano zbiór praw; Tukultininurta I (1243-1207 p.n.e.) – jeden z najzdolniejszych władców okresu średnioasryjskiego; siedmiu władców imperium nowoasyryjskiego z IX w. p.n.e. – Aszurnasirpal II, Salmanasar III, z VIII w. p.n.e. - Tiglatpilesar III, Sargon II, z VII w. p.n.e. - Senacheryb, Asarhaddon i Aszurbanipal. Listę zamyka trzech królów nowobabilońskich (626-539 p.n.e.) – Nabopolasar, Nabuchodonozor II i Nabonid. Do części informacji zawartych w rozdziale mam pewne zastrzeżenia. Charakterystyki władców są skromne. W opisie Aszurbanipala umieszczono zdanie, iż „(…) napływające z Północy ludy Kimmerów, Medów, Scytów, Mannejczyków podbiły Asyrię” (s.78). Jest to duże uproszczenie. Przy Salmanasarze III dziwi dobór najistotniejszych wydarzeń. Pominięto ważną bitwę pod Karkar (853 p.n.e.), czy też pierwsze wyprawy władcy Asyrii przeciwko rodzącemu się państwu Urartu. Złupioną w trakcie VIII kampanii Sargona II krainę Musasir autor lokalizuje w pobliżu jeziora Wan (s. 66), podczas gdy obecnie odrzuca się tą hipotezę i to starożytne miasto-państwo identyfikuje się ze stanowiskiem Mudjesir na pograniczu iracko-irańskim, nieopodal jeziora Urmia. Niektóre dane są mało precyzyjne. W bitwie pod Kisztan (743 p.n.e.) Tiglatpilesar III pokonał władcę Urartu Sarduri (s. 58), ale nie podano, że chodzi tutaj o drugiego króla o tym imieniu. Tak samo nie odnotowano udziału Elamitów pod wodzą Humban-umeny III w bitwie pod Hallule (691 p.n.e.) (s. 69.). Mimo, iż są to drobne uchybienia, to jednak brak tych informacji zaskakuje.
W następnym rozdziale - „Władza i życie publiczne” skupiono się na postaci króla w starożytnej Mezopotamii. Przedstawiono różne role jakie pełnił. Był najwyższym suwerenem, również reprezentantem bogów na ziemi. Ukazano króla m.in. jako kapłana (posąg Gudei z Lagasz), budowniczego (płyta wotywna króla Urnansze z Girsu), prawodawcę (Stela praw Hammurabiego), czy bohatera (reliefy Aszurnasirpala II z Nimrud). Na stronie 110 zamieszczono ilustrację fragmentu Steli Bankietowej Aszurnasirpala II i błędnie podpisano ją jako zabytek Adadnirari III z Tall-ar-Rimah. Podział na dziesięć funkcji władcy jakie zaprezentował autor, czasami sprawiał wrażenie trochę sztucznego. Niektóre aspekty (np. król budowniczy i król architekt), można by było potraktować wspólnie w jednym punkcie. Szkoda, iż nie zajęto się urzędnikami wyższego szczebla. Są oni dobrze udokumentowani (np. w okresie nowoasyryjskim) i odgrywali ważną rolę w życiu publicznym Imperium.
W leksykonie nie mogło zabraknąć części poświęconej sferze sacrum. Znajdziemy ją w rozdziale „Bóstwa i religia”. Bardziej szczegółowo przyjrzano się tylko trzem bogom (Enki/Ea, Szamasz/Utu, Dumuzi) oraz jednej bogini (Isztar/Inanna). W formie skróconej wymieniono kompetencje i tytuły personelu świątynnego. Los człowieka wraz z rolą wiernego opisano na podstawie mitu „Enki i Ninmanh” oraz zobrazowano figurkami adorantów z Esznunny. Natrafiamy także na informacje o demonach (np. Pazuzu – demon złych wiatrów) i duchach opiekuńczych. Dowiadujemy się o znaczeniu tych pierwszych w zaćmieniach księżyca. Drugą grupę zilustrowały lamassu („strażnicy bram”) z pałaców asyryjskich, które później zaadaptowane zostały w Persepolis (Brama Wszystkich Ludów). Ciekawym przykładem przedmiotów, które pełniły funkcje apotropaiczne są figurki psów składane jako depozyty fundacyjne w Pałacu Północnym Aszubanipala w Niniwie. Dwa ostatnie zagadnienia, którymi autor zajął się w rozdziale to rytuały ofiarne i uroczystości religijne - główne etapy święta Nowego Roku w Babilonie. Obrzędy podzielono na te, które związane były z określoną porą roku i na takie, które miały charakter czysto okazjonalny. Porównano oraz wydobyto różnice w przedstawieniach sceny prezentacji na pieczęciach cylindrycznych z okresu starobabilońskiego i renesansu sumeryjskiego.
Jednym z lepszych rozdziałów w książce, to ten zatytułowany „Życie codzienne”. Trzeba zaznaczyć, iż chodzi tutaj bardziej o życie elit społecznych tamtego obszaru, a nie przeciętnego obywatela starożytnego Międzyrzecza. Jeśli mówimy o biżuterii, która „(…) odgrywała ważną rolę w życiu mieszkańców Mezopotamii.”(s.219), autor powinien zaznaczyć, iż dotyczyło to tylko wąskiej grupy ludzi uprzywilejowanych – najbogatszych. W oparciu o zabytki takie jak: m.in. przedmioty z nekropolii królewskiej z Ur (hełm Meskalamduga, tzw. „sztandar z Ur”), czy posągi ważnych postaci (np. gubernatora Mari – Puzur-Isztara), pokazano królewską ucztę, której towarzyszyła muzyka i taniec; elementy ubioru, a także style uczesania. Z kolei kilka podpunktów (administracja, transport, rzemiosło, handel) traktuje o mechanizmach działania starożytnych państw i ich gospodarki. Tabelki (jednostki miar, różne formy znaków pisma klinowego) oraz mapy (rozprzestrzenienie występowania poszczególnych systemów wagowych, główne szlaki handlowe III tysiąclecia p.n.e.), nadają pewnej przejrzystości rozpatrywanym tutaj tematom. W tym miejscu chciałbym zatrzymać się jeszcze przy problematyce wojny, która znalazła się w omawianym rozdziale. Autor zamieścił kilka reliefów z przedstawieniami kampanii wojennych władców asyryjskich, ograniczając się tylko do ich opisu. Odczuwa się pewien niedosyt, związany z brakiem informacji o rodzaju uzbrojenia, logistyce armii i stopniowej ewolucji taktyki wojennej, która jest uchwytna również w źródłach pisanych - roczniki królewskie, raporty w formie listów do boga.
„Świat zmarłych” obejmuje zwyczaje pogrzebowe wraz z wizjami życia po śmierci. Przykładami królewskich pochówków są groby na nekropolii w Ur, z kolei okres późniejszy reprezentują trzy grobowce królowych z Nimrud. Sięgnięto nawet do czasów prehistorycznych, wymieniając słynną grotę Szanidar w Kurdystanie irackim z pochówkami szkieletowymi datowanymi na ok. 48-44 tys. lat p.n.e. (s. 269). Nie dopowiedziano jednak, iż chodzi o pochówek człowieka neandertalskiego z prawdopodobnymi śladami ceremonii pogrzebowej (grób 4, tzw. „flower burial”). To ważne stanowisko archeologiczne jest zupełnie oderwane od kontekstu kulturowego, czy chronologicznego i według mnie niepotrzebnie znalazło się w tej książce. Podobnie ma się rzecz z opisem czaszki z Jerycha (s.271).
W ostatniej części leksykonu omówiono ośrodki miejskie: Uruk, Nippur, Ur, Aszur, Kalchu, Durszarrukin, Niniwa, Babilon. Umieszczono plany topograficzne, rekonstrukcje świątyń i zdjęcia lotnicze, które w sposób przystępny ukazują czytelnikowi dane miasto.
Pracę zamykają aneksy. Zawierają one: - mapy i tablice chronologiczne (z pracy Mario Liveraniego Antico Oriente: storia, socjetà, economia), - niewielki indeks ogólny, - spis muzeów (wśród ośmiu nie uwzględniono przykładowo Metropolitan Museum of Art w Nowym Yorku), - podstawową bibliografię przedmiotu. Wskazane byłoby zamieszczenie osobnego słowniczka, który gromadziłby terminy akadyjskie i ich tłumaczenie w jednym miejscu.
Wystawienie oceny nie należy do zadania łatwego. Pojawienie się tej publikacji na naszym rynku wydawniczym jest czymś pozytywnym, biorąc pod uwagę ciągły deficyt takich tytułów w Polsce. Książka Enrico Ascalone jest pozycją dobrą, ale nie wybitną. Hasła zostały poprawnie dobrane, jednak często brakuje spójności trzech elementów – tekstu, ilustracji i map. Sama zaś treść w kilku miejscach ma zbyt ogólny charakter. Jest to dla mnie największy mankament. Obok części opracowanych bardzo kompetentnie, niestety spotykamy również partie, które odbiegają poziomem od nowoczesnego kompendium wiedzy. Porównując z już nieco starszą książką cenionego brytyjskiego archeologa Michaela Roaf’a - Cultural Atlas of Mesopotamia and The Ancient Near East (wydany w Polsce w 1998 roku), recenzowany leksykon włoskiego uczonego wypada słabiej.
źródło: http://www.historia.org.pl/index.php/recenzje/recenzje/prehistoria-i-staroytno/2424-mezopotamia-e-ascalone-recenzja.html
piątek, 21 stycznia 2011
Virginia Woolf: O chorowaniu
Virginia Woolf - O chorowaniu
Virginia Woolf jest jedną z najbardziej tajemniczych, magnetycznie pociągających swą kuriozalną urodą gwiazd na firmamencie światowej literatury pięknej. To bezsprzeczne. Jako osobowość twórcza - porażająca ładunkiem intelektualnym i jako człowiek - nękany przeróżnymi demonami. Jednym z nich, który w dużej mierze zaważył na treści i formie dzieł pisarki, była choroba. Wbrew jednak oczywistej konotacji, esej autorki „Fali” stanowiący przedmiot niniejszego omówienia nie traktuje tylko i wyłącznie o chorobie. W tym niewielkich rozmiarów dziełku odnajdujemy także wywoływane akcydentalnie bądź zupełnie bezpośrednio, refleksje na temat poezji, jej twórców, podbudowane intertekstualnymi migawkami – ukrytymi cytatami lub aluzjami do utworów takich autorów, jak Szekspir, Milton czy Rimbaud. Całkowicie autonomiczny charakter, abstrahujący od podjętego wywodu, ma zakończenie eseju, w którym obcujemy ze streszczeniem biografii księżnej Canning i lady Waterford napisanej przez Augustusa Hare’a. Kłopot z odbiorem tej zupełnie przypadkowej, trącącej interpretacyjną pustką historii, jest wszakże pozorny, na co wskazuje Hermione Lee, biografka Woolf i jednocześnie autorka wstępu do eseju. Obraz niemej rozpaczy wdowy oglądającej pochówek męża zaklęty w geście zgniecenia pluszowej zasłony to jedna z form ukrytej, symbolicznej demonstracji form cierpienia ludzkiego, które pokazuje twórczyni „Pani Dalloway”.
Wspomniany wstęp oksfordzkiej wykładowczyni, co należy podkreślić, jest nie tylko próbą deszyfracji rozety błyskotliwych myśli Virginii Woolf, to także cenny merytorycznie zarys jego powstawania. Znawczyni detali z biografii pisarki, prócz podania istotnych dla zrozumienia samego dzieła urywków z jej dossier, wtajemnicza czytelnika w kuluary funkcjonowania wydawnictwa Hogarth Press założonego przez małżeństwo Woolfów, współpracy, następnie zaś ochłodzenia stosunków z Thomasem Stearnsem Eliotem czy licznych zabiegów korektorskich, które autorka „Do latarni morskiej” systematycznie wprowadzała.
Pytanie o to, dlaczego niedyspozycja cielesno-umysłowa człowieka nie dzieli pierwszego miejsca wśród tematów literackich z motywem miłości, przyjaźni czy namiętności, które otwiera esej „O chorowaniu”, choć wciąż aktualne, dziś pewnie zwieńczone byłoby większą liczbą egzemplifikacji wyjątków potwierdzających tą regułę. Do przykładów, które przytacza Woolf - a więc De Quincey, marginalnie Proust - można by dołączyć Camusa, Handke, przede wszystkim zaś Bernharda, podobnie jak Woolf ujmującego chorobę w ramy symbolu przekraczającego granice somatycznych dysfunkcji przedstawianych zgodnie z postulatami poetyki naturalistycznej.
Specyfika pisarstwa Virginii Woolf, będącego jednym ze zwiastunów wschodu postmodernizmu, również w tej krótkiej rozprawie objawia się w całej swej okazałości. Mam na myśli zwłaszcza styl, dominantę fragmentu i urwanej myśli jako jeden z elementów stanowiących manifestację dyskursu naśladującego określone stany świadomości. Tekst Woolf meandrycznie podąża tą ścieżką paradygmatu, jaki we współczesnej literaturze definiuje dekonstrukcja i psychoanaliza. Czytając go, mamy wrażenie, że jest pisany przez samą chorobę, czyli to, co jednocześnie stanowi temat (przedmiot) utworu i zostało upodmiotowione, uosobione. Zyskało swój własny niezależny język, opisujący rzeczywistość, której kod nie zawsze, a być może w ogóle nie jest czytelny dla ludzi zdrowych.
Esej, z którym mamy do czynienia, to zatem nie tylko lektura obowiązkowa dla humanistów badających motyw choroby w literaturze i kulturze, ale przede wszystkim pełna zagadek eksploracja wnętrza człowieka dotkniętego chorobą, która nie tylko zmienia jego status tożsamościowy, ale i percepcję oraz wyobrażenie o świecie.
Recenzja ankhxxl
Virginia Woolf jest jedną z najbardziej tajemniczych, magnetycznie pociągających swą kuriozalną urodą gwiazd na firmamencie światowej literatury pięknej. To bezsprzeczne. Jako osobowość twórcza - porażająca ładunkiem intelektualnym i jako człowiek - nękany przeróżnymi demonami. Jednym z nich, który w dużej mierze zaważył na treści i formie dzieł pisarki, była choroba. Wbrew jednak oczywistej konotacji, esej autorki „Fali” stanowiący przedmiot niniejszego omówienia nie traktuje tylko i wyłącznie o chorobie. W tym niewielkich rozmiarów dziełku odnajdujemy także wywoływane akcydentalnie bądź zupełnie bezpośrednio, refleksje na temat poezji, jej twórców, podbudowane intertekstualnymi migawkami – ukrytymi cytatami lub aluzjami do utworów takich autorów, jak Szekspir, Milton czy Rimbaud. Całkowicie autonomiczny charakter, abstrahujący od podjętego wywodu, ma zakończenie eseju, w którym obcujemy ze streszczeniem biografii księżnej Canning i lady Waterford napisanej przez Augustusa Hare’a. Kłopot z odbiorem tej zupełnie przypadkowej, trącącej interpretacyjną pustką historii, jest wszakże pozorny, na co wskazuje Hermione Lee, biografka Woolf i jednocześnie autorka wstępu do eseju. Obraz niemej rozpaczy wdowy oglądającej pochówek męża zaklęty w geście zgniecenia pluszowej zasłony to jedna z form ukrytej, symbolicznej demonstracji form cierpienia ludzkiego, które pokazuje twórczyni „Pani Dalloway”.
Wspomniany wstęp oksfordzkiej wykładowczyni, co należy podkreślić, jest nie tylko próbą deszyfracji rozety błyskotliwych myśli Virginii Woolf, to także cenny merytorycznie zarys jego powstawania. Znawczyni detali z biografii pisarki, prócz podania istotnych dla zrozumienia samego dzieła urywków z jej dossier, wtajemnicza czytelnika w kuluary funkcjonowania wydawnictwa Hogarth Press założonego przez małżeństwo Woolfów, współpracy, następnie zaś ochłodzenia stosunków z Thomasem Stearnsem Eliotem czy licznych zabiegów korektorskich, które autorka „Do latarni morskiej” systematycznie wprowadzała.
Pytanie o to, dlaczego niedyspozycja cielesno-umysłowa człowieka nie dzieli pierwszego miejsca wśród tematów literackich z motywem miłości, przyjaźni czy namiętności, które otwiera esej „O chorowaniu”, choć wciąż aktualne, dziś pewnie zwieńczone byłoby większą liczbą egzemplifikacji wyjątków potwierdzających tą regułę. Do przykładów, które przytacza Woolf - a więc De Quincey, marginalnie Proust - można by dołączyć Camusa, Handke, przede wszystkim zaś Bernharda, podobnie jak Woolf ujmującego chorobę w ramy symbolu przekraczającego granice somatycznych dysfunkcji przedstawianych zgodnie z postulatami poetyki naturalistycznej.
Specyfika pisarstwa Virginii Woolf, będącego jednym ze zwiastunów wschodu postmodernizmu, również w tej krótkiej rozprawie objawia się w całej swej okazałości. Mam na myśli zwłaszcza styl, dominantę fragmentu i urwanej myśli jako jeden z elementów stanowiących manifestację dyskursu naśladującego określone stany świadomości. Tekst Woolf meandrycznie podąża tą ścieżką paradygmatu, jaki we współczesnej literaturze definiuje dekonstrukcja i psychoanaliza. Czytając go, mamy wrażenie, że jest pisany przez samą chorobę, czyli to, co jednocześnie stanowi temat (przedmiot) utworu i zostało upodmiotowione, uosobione. Zyskało swój własny niezależny język, opisujący rzeczywistość, której kod nie zawsze, a być może w ogóle nie jest czytelny dla ludzi zdrowych.
Esej, z którym mamy do czynienia, to zatem nie tylko lektura obowiązkowa dla humanistów badających motyw choroby w literaturze i kulturze, ale przede wszystkim pełna zagadek eksploracja wnętrza człowieka dotkniętego chorobą, która nie tylko zmienia jego status tożsamościowy, ale i percepcję oraz wyobrażenie o świecie.
Recenzja ankhxxl
Virginia Woolf: Flush
Pochodzi z arystokratycznego rodu, którego drzewo genealogiczne zapuściło wypielęgnowane korzenie gdzieś w mrokach prawieków i jest do tego pięknym, choć nie wyróżniającym się jego przedstawicielem. Nie przywiązuje się do swoich "przyjaciółek" i ma wielu rozmaitych potomków w kilku krajach świata, a jednak całe swoje dorosłe życie spędził u boku jednej z najważniejszych pisarek wiktoriańskiej Anglii, Elizabeth Barrett Browning, która poświęciła mu niejedno życzliwe słowo w rozmaitych swoich dziełach. Nie jest to tak dziwne, kiedy weźmie się pod uwagę, że Flush jest spanielem, podarowanym tej pół-inwalidce przez najlepszą przyjaciółkę, by Elizabeth miała wreszcie towarzystwo w swojej złotej klatce – pokoju, w którym trzyma ją ojciec.
Flush towarzyszył pisarce w najważniejszych momentach jej życia – romansie z Browningiem, ich wspólnej ucieczce z dusznego Londynu do Florencji, narodzinom ich jedynego dziecka… Virginia Woolf, wspaniała powieściopisarka początków XX wieku, postanowiła pokazać świat oczami wiernego psa, delikatnego i przekornego, oddanego i zazdrosnego, w postaci jego biografii, będącej właściwie pastiszem zwykłego, ludzkiego życiorysu. Dlatego analizujemy wraz z powieściopisarką motywy, możliwe powody zachowań, myśli i przekonania Flusha, a czynimy to wszystko z taką powagą i wzniosłością, że aż widać, jak autorka puszcza do nas oko. Nie zmienia to faktu, że Flush, nie wspominając nawet o jego właścicielce, istniał naprawdę i pomimo dostosowania jego życiorysu do ram literackiego opisu wydarzeń – jest to jego prawdziwa biografia. Na końcu książki znajduje się nawet miniaturowa bibliografia pieska
Spojrzenie na świat oczami psa, choć wykorzystywane już wielokrotnie przez różnych pisarzy, nadal stanowi powiew świeżości - zwłaszcza jeśli to wspaniałe stworzenie przedstawione jest z taką przenikliwością i zrozumieniem charakteru, jak u Woolf. Każdy właściciel psa na pewno będzie aż zdumiony tym, jak bardzo... psi jest Flush. Jako szczęśliwa właścicielka udomowionego jamnika mogę potwierdzić, że obserwacje Woolf są bardzo dokładne jeśli chodzi o zachowanie, sympatie i antypatie "sierściuchów". Nieco naiwne i na pewno niecodzienne spojrzenie na codzienność ludzką jest wielką zaletą tej książeczki, wyrywającą nas ze stereotypowego patrzenia na zjawiska dnia codziennego i pokazującą rzeczy, których inaczej nie zauważylibyśmy.
„Flush” został wydany w serii „50 na 50” wydawnictwa Znak, w której przypomniane zostają powieści znane i te niesłusznie zapomniane – i książka ta zdecydowanie należy do drugiej z tych grup. Chociaż Virginię Woolf kojarzy się raczej z "Panią Dalloway", to biografia ciekawskiego i delikatnego spaniela, Flusha, zasługuje na uwagę każdego wielbiciela słowa pisanego. W wypadku Woolf bowiem zabawa konwencją staje się małą ucztą literacką.
Niestety, „Flush” zdaje się za krótki jak na prawdziwie kultowe dzieło. Problem bowiem polega na tym, że zanim książka się dobrze zaczyna, już trzeba ją zakończyć. To mała książeczka na jedno popołudnie, aby na chwilę zapomnieć o otaczającym świecie lub by nacieszyć się wspaniałą literacką kreacją psa, jedną z lepszych, jakie zdarzyło mi się poznać.
„Flush” Virginii Woolf to wspaniały pastisz biografii, ale także fascynująca opowieść o miłości psa do właścicielki, a właścicielki – do innego człowieka, który uzurpuje sobie prawo do jej miłości wbrew zwierzęciu. Pozycja obowiązkowa dla miłośników psów i niebanalnej, naprawdę smakowitej literatury.
czwartek, 20 stycznia 2011
Virginia Woolf: Orlando
Orlando - Virginia Woolf
Walter Benjamin, pisząc o nostalgii związanej z dziecięcym, „pierwszym” doświadczeniem czytania, posługuje się specyficzną metaforą: „Dziś chodzić potrafię, uczyć się już nie”. Rzeczywiście, zwykle bywa tak, że po prostu „umiemy” czytać – czyli także analizować i interpretować – i rzadko powracają do nas uczucia, jakich doznawaliśmy, kiedy dopiero się uczyliśmy, gdy pokonywaliśmy niezliczone (z dzisiejszego punktu widzenia błahe) przeszkody, stawialiśmy pierwsze samodzielne kroki (dziś powiedzielibyśmy raczej: kroczki). Benjaminowska analogia między chodzeniem i czytaniem może kryć przy tym dodatkowe znaczenia: chociaż każdy z nas w miarę upływu czasu wykształca własny, charakterystyczny chód, to naprawdę poruszamy się – w ogólnych zarysach – tak jak inni. Któż ośmieliłby się spróbować chodzić na rękach? Podobnie jest z literaturą: każdy z nas ma własny styl lektury, ale – generalizując – częściej ulegamy utrwalonym społecznie typom odbioru danego tekstu niż próbujemy wyjść im naprzeciw. W czytaniu – a szczególnie tym ukierunkowanym krytycznie i naukowo – pojawiają się rozmaite mody.
Refleksje związane z myślą Benjamina nasunęły mi się automatycznie na marginesie lektury Orlanda Virgini Woolf. Najpierw, bo już w zetknięciu z okładką książki, pojawiła się myśl dotycząca literaturoznawczej mody: wyraźnie odcinający się od ciemnoróżowego tła biały napis – „Od lat niewydawana w Polsce najważniejsza powieść feministyczej autorki […] Orlando, genderowa powieść o dwoistości ludzkiej istoty […] jest zaliczana do klasyki literatury dwudziestego wieku” – mówi niejako sam za siebie. Rzecz jasna, kwestia pisarstwa kobiet jest niezwykle ważnym dla twórczości brytyjskiej autorki kontekstem. Orlando jest bez wątpienia wielkim traktatem na temat płci, jej uwikłań w kulturowe reguły społecznego funkcjonowania, a także wpisanej w istotę ludzką – czego dowodzili psychoanalitycy – biseksualności. Powieść – jak zauważają autorzy wydawniczej notki – od lat nie była wydawana w Polsce. Można byłoby się zastanowić dlaczego nie była, skoro należy „do klasyki dwudziestego wieku”. Nieco przekornie zapytam jednak o co innego: dlaczego właśnie teraz jest wydawana? Oczywiście, chwalebnym zamierzeniem jest wznawianie dzieł wybitnych i zasługujących ze wszech miar na zainteresowanie, ale odpowiedź na postawione przeze mnie pytanie ma jednak swój wymiar ściśle pragmatyczny. Chodzi oczywiście o modę na gender studies. Nie trzeba być wcale fanem Kazimiery Szczuki, by zorientować się, że refleksja nad płcią w jej wymiarze kulturowym jest obecnie bardzo popularnym nurtem w krytyce i literaturoznawstwie. A dla tych, którzy tą dziedziną (albo kwestiami niejako pokrewnymi, np. teoriami queer) się zajmują, Orlando stanowi prawdziwą gratkę. Historia młodego szlachcica z czasów królowej Elżbiety, którego płeć ulega w pewnej chwili zmianie, ale nigdy nie stabilizuje się do końca jako jednoznacznie kobieca, jest bogata w odnośniki pozwalające na snucie genderowych refleksji (w pewien sposób sama taką refleksją będąc).
Nie umniejszając w żaden sposób roli gender studies ani krytyki feministycznej, pozwolę sobie jednak na pójście nieco na przekór modzie. Skłania mnie do tego ów niepokojący szyld „feministycznej pisarki” ciążący nad Virginią Woolf, która co prawda przywiązywała wielką wagę do spraw pisarstwa kobiet (Własny pokój jest na to wybitnym przykładem), ale w swojej twórczości wyszła, jak sądzę, daleko poza ramy – nawet szeroko rozumianego – feminizmu. Pewną pomocą jest przy tym dla mnie cytowana wyżej myśl Waltera Benjamina.
Jeśli autor Pasaży ma rację, tęsknota za czasami, w których „uczyliśmy się chodzić” (czyli czytać) nie może być zaspokojona. Sądzę jednak, że czasem – być może bardzo rzadko – udaje się coś z aury momentów stawiania pierwszych, zapewne nieporadnych, kroków uchwycić. Orlando jest jedną z powieści, dzięki którym to sięgnięcie w zmitologizowaną przez Benjamina przeszłość umożliwiają, choć nie w sensie dosłownym, oczywiście. Książka Virginii Woolf każe mi się zatrzymać i zacząć uczyć się na nowo radości czytania. Dlaczego? Odpowiedź jest banalnie prosta: Orlando to rzecz napisana znakomicie, jedyna w swoim rodzaju nie tylko pod względem tematu, ale i wartości stricte artystycznych.
O samej narracji – niezwykle interesującej, ustanawiającej rzadko spotykany dystans między autorem (autorką) a bohaterem (bohaterką) z jednej a czytelnikiem (czytelniczką) z drugiej strony – można byłoby napisać długi traktat teoretyczny, nie wspominając już o kwestiach takich jak poetyckie walory stylu czy umiejętność snucia przez Woolf najbardziej esencjonalnych dla większości twórców refleksji dotyczących natury samego pisarstwa tonem wdzięcznym, nacechowanym ironią i świeżością (określenie dość paradoksalne w stosunku do książki napisanej w 1928 r.). Płynności narracji nie należy, oczywiście, w tym wypadku zbytnio ufać: biografia Orlanda (Orlandy) składa się tak naprawdę ze starannie nakreślonych miniaturowych obrazków, umieszczenie których w kontekście długiego trwania historii i literatury daje dopiero wrażenie większej całości. W jednym z tych „fragmentów” bohater(ka) będzie młodym szlachcicem zanurzającym twarz w nie zmienianych przez miesiąc sukniach królowej Elżbiety, w innym – damą przyjmującą w swym domu największe sławy brytyjskiej literatury, w jeszcze innym – pędzącą automobilem ulicami Londynu istotą poszukującą własnej tożsamości. W każdym wypadku zaś cały świat przedstawiony objawiać się będzie jako holistyczny obrazek: natura przybierać będzie właściwości, za jakie ceniono ją w danej epoce (np. mgliste, deszczowe krajobrazy ukochane przez romantyków), w której przejawiać się będzie charakterystyczny dla niej duch, z którym kolei zmierzyć się przyjdzie (w konsekwencji: zaakceptować lub zakwestionować) Orlandowi (Orlandzie). W tej powieści każde niemal zdanie niesie potencjał, który w każdej chwili uczynić je może centrum refleksji natury estetycznej, filozoficznej, egzystencjalnej czy artystycznej. Jedno z nich wydaje mi się szczególnie odpowiednim podsumowaniem wrażenia, jakie dawać może kontakt z książką Virginii Woolf: „Tak więc siedział Orlando i czytał – człowiek nagi”…
Nie zdradzając nic z najbardziej smakowitych fragmentów powieści, na zakończenie przytoczę jeszcze jedną myśl Benjamina – znowu trafną, moim zdaniem, w odniesieniu do wpływu, jaki mieć może Orlando na czytelnika: „Dziecko niewymownie przejmuje się akcją i słowami, które padają, a kiedy wstaje, jest od stóp do głów ośnieżone tym, co przeczytało”. Jak się okazuje, wypowiedź mężczyzny oddać może to niezwykłe, racjonalnie trudne do wyjaśnienia – nie tylko intelektualne, emocjonalne, ale i wręcz zmysłowe – wrażenie „ośnieżenia”, jakiego doznaje się w kontakcie z prozą „feministycznej” pisarki.
Recenzja Magdaleny Kempny
Walter Benjamin, pisząc o nostalgii związanej z dziecięcym, „pierwszym” doświadczeniem czytania, posługuje się specyficzną metaforą: „Dziś chodzić potrafię, uczyć się już nie”. Rzeczywiście, zwykle bywa tak, że po prostu „umiemy” czytać – czyli także analizować i interpretować – i rzadko powracają do nas uczucia, jakich doznawaliśmy, kiedy dopiero się uczyliśmy, gdy pokonywaliśmy niezliczone (z dzisiejszego punktu widzenia błahe) przeszkody, stawialiśmy pierwsze samodzielne kroki (dziś powiedzielibyśmy raczej: kroczki). Benjaminowska analogia między chodzeniem i czytaniem może kryć przy tym dodatkowe znaczenia: chociaż każdy z nas w miarę upływu czasu wykształca własny, charakterystyczny chód, to naprawdę poruszamy się – w ogólnych zarysach – tak jak inni. Któż ośmieliłby się spróbować chodzić na rękach? Podobnie jest z literaturą: każdy z nas ma własny styl lektury, ale – generalizując – częściej ulegamy utrwalonym społecznie typom odbioru danego tekstu niż próbujemy wyjść im naprzeciw. W czytaniu – a szczególnie tym ukierunkowanym krytycznie i naukowo – pojawiają się rozmaite mody.
Refleksje związane z myślą Benjamina nasunęły mi się automatycznie na marginesie lektury Orlanda Virgini Woolf. Najpierw, bo już w zetknięciu z okładką książki, pojawiła się myśl dotycząca literaturoznawczej mody: wyraźnie odcinający się od ciemnoróżowego tła biały napis – „Od lat niewydawana w Polsce najważniejsza powieść feministyczej autorki […] Orlando, genderowa powieść o dwoistości ludzkiej istoty […] jest zaliczana do klasyki literatury dwudziestego wieku” – mówi niejako sam za siebie. Rzecz jasna, kwestia pisarstwa kobiet jest niezwykle ważnym dla twórczości brytyjskiej autorki kontekstem. Orlando jest bez wątpienia wielkim traktatem na temat płci, jej uwikłań w kulturowe reguły społecznego funkcjonowania, a także wpisanej w istotę ludzką – czego dowodzili psychoanalitycy – biseksualności. Powieść – jak zauważają autorzy wydawniczej notki – od lat nie była wydawana w Polsce. Można byłoby się zastanowić dlaczego nie była, skoro należy „do klasyki dwudziestego wieku”. Nieco przekornie zapytam jednak o co innego: dlaczego właśnie teraz jest wydawana? Oczywiście, chwalebnym zamierzeniem jest wznawianie dzieł wybitnych i zasługujących ze wszech miar na zainteresowanie, ale odpowiedź na postawione przeze mnie pytanie ma jednak swój wymiar ściśle pragmatyczny. Chodzi oczywiście o modę na gender studies. Nie trzeba być wcale fanem Kazimiery Szczuki, by zorientować się, że refleksja nad płcią w jej wymiarze kulturowym jest obecnie bardzo popularnym nurtem w krytyce i literaturoznawstwie. A dla tych, którzy tą dziedziną (albo kwestiami niejako pokrewnymi, np. teoriami queer) się zajmują, Orlando stanowi prawdziwą gratkę. Historia młodego szlachcica z czasów królowej Elżbiety, którego płeć ulega w pewnej chwili zmianie, ale nigdy nie stabilizuje się do końca jako jednoznacznie kobieca, jest bogata w odnośniki pozwalające na snucie genderowych refleksji (w pewien sposób sama taką refleksją będąc).
Nie umniejszając w żaden sposób roli gender studies ani krytyki feministycznej, pozwolę sobie jednak na pójście nieco na przekór modzie. Skłania mnie do tego ów niepokojący szyld „feministycznej pisarki” ciążący nad Virginią Woolf, która co prawda przywiązywała wielką wagę do spraw pisarstwa kobiet (Własny pokój jest na to wybitnym przykładem), ale w swojej twórczości wyszła, jak sądzę, daleko poza ramy – nawet szeroko rozumianego – feminizmu. Pewną pomocą jest przy tym dla mnie cytowana wyżej myśl Waltera Benjamina.
Jeśli autor Pasaży ma rację, tęsknota za czasami, w których „uczyliśmy się chodzić” (czyli czytać) nie może być zaspokojona. Sądzę jednak, że czasem – być może bardzo rzadko – udaje się coś z aury momentów stawiania pierwszych, zapewne nieporadnych, kroków uchwycić. Orlando jest jedną z powieści, dzięki którym to sięgnięcie w zmitologizowaną przez Benjamina przeszłość umożliwiają, choć nie w sensie dosłownym, oczywiście. Książka Virginii Woolf każe mi się zatrzymać i zacząć uczyć się na nowo radości czytania. Dlaczego? Odpowiedź jest banalnie prosta: Orlando to rzecz napisana znakomicie, jedyna w swoim rodzaju nie tylko pod względem tematu, ale i wartości stricte artystycznych.
O samej narracji – niezwykle interesującej, ustanawiającej rzadko spotykany dystans między autorem (autorką) a bohaterem (bohaterką) z jednej a czytelnikiem (czytelniczką) z drugiej strony – można byłoby napisać długi traktat teoretyczny, nie wspominając już o kwestiach takich jak poetyckie walory stylu czy umiejętność snucia przez Woolf najbardziej esencjonalnych dla większości twórców refleksji dotyczących natury samego pisarstwa tonem wdzięcznym, nacechowanym ironią i świeżością (określenie dość paradoksalne w stosunku do książki napisanej w 1928 r.). Płynności narracji nie należy, oczywiście, w tym wypadku zbytnio ufać: biografia Orlanda (Orlandy) składa się tak naprawdę ze starannie nakreślonych miniaturowych obrazków, umieszczenie których w kontekście długiego trwania historii i literatury daje dopiero wrażenie większej całości. W jednym z tych „fragmentów” bohater(ka) będzie młodym szlachcicem zanurzającym twarz w nie zmienianych przez miesiąc sukniach królowej Elżbiety, w innym – damą przyjmującą w swym domu największe sławy brytyjskiej literatury, w jeszcze innym – pędzącą automobilem ulicami Londynu istotą poszukującą własnej tożsamości. W każdym wypadku zaś cały świat przedstawiony objawiać się będzie jako holistyczny obrazek: natura przybierać będzie właściwości, za jakie ceniono ją w danej epoce (np. mgliste, deszczowe krajobrazy ukochane przez romantyków), w której przejawiać się będzie charakterystyczny dla niej duch, z którym kolei zmierzyć się przyjdzie (w konsekwencji: zaakceptować lub zakwestionować) Orlandowi (Orlandzie). W tej powieści każde niemal zdanie niesie potencjał, który w każdej chwili uczynić je może centrum refleksji natury estetycznej, filozoficznej, egzystencjalnej czy artystycznej. Jedno z nich wydaje mi się szczególnie odpowiednim podsumowaniem wrażenia, jakie dawać może kontakt z książką Virginii Woolf: „Tak więc siedział Orlando i czytał – człowiek nagi”…
Nie zdradzając nic z najbardziej smakowitych fragmentów powieści, na zakończenie przytoczę jeszcze jedną myśl Benjamina – znowu trafną, moim zdaniem, w odniesieniu do wpływu, jaki mieć może Orlando na czytelnika: „Dziecko niewymownie przejmuje się akcją i słowami, które padają, a kiedy wstaje, jest od stóp do głów ośnieżone tym, co przeczytało”. Jak się okazuje, wypowiedź mężczyzny oddać może to niezwykłe, racjonalnie trudne do wyjaśnienia – nie tylko intelektualne, emocjonalne, ale i wręcz zmysłowe – wrażenie „ośnieżenia”, jakiego doznaje się w kontakcie z prozą „feministycznej” pisarki.
Recenzja Magdaleny Kempny
Virginia Woolf: Chwile istnienia
Virginia Woolf: Chwile istnienia
„Chwile istnienia” Virginii Woolf to bardzo ważny zbiór pięciu esejów niepublikowanych za życia pisarki, które doskonale uzupełniają się z „Dziennikami” i gdyby tylko Virginia dłużej mogła nad nimi popracować, stałyby się pewnie częścią jej autobiografii, którą zamierzała napisać.
Od pierwszych bowiem prób literackich wzorując się na ojcu, który był znanym biografem (George Eliot, Alexander Pope, Jonathan Swift, Thomas Hobbes), czuła sentyment do tego rodzaju pisarstwa i to właśnie życiorysy członków rodziny i najbliższych przyjaciół stanowiły sporą część jej wczesnych notatek.
Mając dwadzieścia pięć lat, będąc już w trakcie pisania pierwszej powieści o początkowym tytule „Malymbrosia” – później „The Voyage Out” („Podróż w świat”), zaczęła pisać biografię swojej ukochanej starszej siostry Vanessy, skierowaną do jej mającego się narodzić dopiero dziecka, jak się później okazało syna Juliana. I to właśnie szkic „Wspomnienia”, poniekąd biografia Vanessy, poniekąd autobiograficzne wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości, otwiera cykl esejów „Chwile istnienia”, wydany przez Twój Styl.
Ten pierwszy obraz to olbrzymi wiktoriański dom dzieciństwa Virginii w londyńskiej dzielnicy Kensington, przy ulicy Hyde Park Gate, w którym mieszkało ośmioro dzieci: Laura (1870) – córka Lesliego Stephena z pierwszego małżeństwa; George (1868), Stella(1869) i Gerald (1870) – dzieci Julii Duckworth z pierwszego małżeństwa oraz wspólne dzieci Julii i Lesliego – Vanessa (1879), Thoby (1880), Virginia (1882) i Adrian (1883). Dzieci prowadziły życie zorganizowane z wielką prostotą i regularnością, były nauczane przez rodziców, obsługiwane przez służbę ,grały w krykieta, spacerowały, jeździły corocznie na wakacje do letniego domu Talland House w Kornwalii (od roku 1882r, w którym urodziła się Virginia przez następne 12 lat). Wspomnienia te dotyczą jednak przede wszystkim trzech kobiet: siostry Vanessy, matki Julii Stephen, która przedwcześnie umarła, oraz przyrodniej siostry Stelli Duckworth, na którą przeszły obowiązki ciągnięcia „wózka z młodymi istotami rodziny Stephensów”. Jednak niebawem śmierć brutalnie wkracza ponownie zabierając młodą mężatkę Stellę, i dziedzictwo rodzinnych komplikacji i bólu przypada osiemnastoletniej wówczas Vanessie. Kolejne „siedem smutnych lat” to ciąg nowych traumatycznych przeżyć jakie nie opuszczają od lat sióstr, jednak tym razem nie śmierć jest ich podstawą , a tyrania ojca i molestowanie przez przyrodniego brata Georga.
Kolejne trzy eseje łączą się w tytuł „Szkice dla Klubu Wspomnień” i były pisane na zamówienie w latach 1920 i 1930 dla Klubu będącego przegrupowaniem dawnego przedwojennego Bloomsbury. Teksty te Virginia odczytywała na głos członkom Klubu. To wspomnienia o wprowadzeniu Virginii i Vanessy przez Georga w świat eleganckiego Bloomsbury i inteligentnego Londynu; mało eleganckie stroje zostały zamienione w atłasowe suknie, na szyjach błyszczały drogie kamienie, pod dom podjeżdżały dorożki, a stopniowy sukces towarzyski nadawał promienności zmęczonym smutkiem twarzom sióstr Stephen. Jednak długo trwało nim owy sukces tak naprawdę nastąpił i nim Virginia spotkania towarzyskie traktowała jako coś przyjemnego, bo w początkowym stadium, kiedy jeszcze pojawiała się wszędzie u boku przyrodniego brata Georga, była przez niego wiecznie ganiona i uciszana.
Ostatni, ale zdecydowanie najobszerniejszy i najpiękniejszy tekst to „Szkice z przeszłości”, który pisany był na przełomie lat 1939 i 1940 (ostatni zapisek – cztery miesiące przed śmiercią), ale tak jak pozostałe obejmuje tylko czasy dzieciństwa i panieństwa pisarki. Virginia na początku próbuje zastanowić się nad sposobem, w jaki powinna opisywać siebie, jak tworzyć autobiografię, co brać za wzór, jaki przyjąć schemat. Powodem tych wątpliwości było to, że tak trudno jest opisać jakąkolwiek istotę ludzką: „Nie wiem jak dalece różnię się od innych” – pisała.
Te pierwsze wspomnienia to zmiana pokoju dziecinnego, ciemność, zamieszanie kiedy szło się na górę do łóżka; mama w białym szlafroku na balkonie, kwiaty passiflory w fioletowe prążki pnące się po murze; St. Ives brzęczący, słoneczny, pachnący tyloma zapachami naraz; ogrodnik kopiący grządkę szparagów, służąca trzepiąca dywanik. Wspinanie się po skałach, wdrapywanie na drzewa, przeglądanie się w niedużym lustrze w wieku siedmiu lat … skrępowanie, onieśmielenie, półka obok jadalni. Gerald i jego dłonie … W 1895 roku w maju sielskość się kończy, umiera matka Virginii i ona jako trzynastolatka nie jest w stanie się z tym pogodzić; mama już na zawsze stanie się jej obsesją… Tutaj ponownie Virginia wraca do wielu wspomnień o mamie, jej młodości, pierwszym małżeństwie, ośmiu latach wdowieństwa i kolejnym związku; o jej smutku, prostocie, surowości. O jej śmierci. Bardziej niż w pierwszym eseju rozwinęła wątek narzeczeństwa siostry przyrodniej Stelli, a także jej śmierci trzy miesiące po ślubie. Wówczas Virginia miała piętnaście i pół roku, jej siostra Vanessa osiemnaście i zostały jedynymi kobietami w domu. Kobietami ojca, tymi, które musiały tolerować jego wybuchowe usposobienie, podawać mu podwieczorek, uczestniczyć z nim w środowych nasiadówkach dotyczących rachunków domowych. Jego niezaspokojone pragnienie bycia geniuszem doprowadzało go do dużego przygnębienia, często milczenia i posępności; na co dzień żył jakby na pamięć, pisząc bezustannie palił fajkę i był wtedy zupełnie nieprzystępny. Wraz z jego śmiercią Virginia Woolf odetchnęła z ulgą i zaczęła znacznie intensywniej poświęcać się pisaniu.
W „Szkicach z przeszłości” wyczuwalny jest bardziej niż w poprzednich esejach styl wypracowany przez Virginię przez wiele lat; melodyczny, malowniczy, pełen odniesień do kolorów, zapachów, przeżyć, szczegółów. Charakterystyczny, często lekko rozproszony, ale nigdy chaotyczny. Dla wielu czytelników jednak nudny, wręcz męczący i w żaden sposób niewciągający. Mimo wszystko czytając Woolf czuję się jakbym przesiadła się z pędzącego pociągu na pokład dostojnie wiszącego ponad chmurami balonu. Mnie pisarstwo Woolf nieustannie zachwyca, bo jest na tyle głębokie, że pozwala zobaczyć dno, poczuć, że to już ten moment, po którym nic więcej nie ma. Dalsza decyzja zależy ode mnie. Mogę się odbić albo tam pozostać.
Zdecydowanie „Chwile istnienia” polecałabym raczej tylko wielbicielom Virginii Woolf bądź czytelnikom, którzy po przeczytaniu którejś z jej książek chcieliby zapoznać się z życiorysem pisarki, a obszerna biografia Quentina Bella ich przeraża. Jako dzieło samo w sobie sporej części czytelników zapewne nie zadowoli.
Recenzja Marioli Sznapki
Karuzela kobiecego życia
„Chwile istnienia” Virginii Woolf to bardzo ważny zbiór pięciu esejów niepublikowanych za życia pisarki, które doskonale uzupełniają się z „Dziennikami” i gdyby tylko Virginia dłużej mogła nad nimi popracować, stałyby się pewnie częścią jej autobiografii, którą zamierzała napisać.
Od pierwszych bowiem prób literackich wzorując się na ojcu, który był znanym biografem (George Eliot, Alexander Pope, Jonathan Swift, Thomas Hobbes), czuła sentyment do tego rodzaju pisarstwa i to właśnie życiorysy członków rodziny i najbliższych przyjaciół stanowiły sporą część jej wczesnych notatek.
Mając dwadzieścia pięć lat, będąc już w trakcie pisania pierwszej powieści o początkowym tytule „Malymbrosia” – później „The Voyage Out” („Podróż w świat”), zaczęła pisać biografię swojej ukochanej starszej siostry Vanessy, skierowaną do jej mającego się narodzić dopiero dziecka, jak się później okazało syna Juliana. I to właśnie szkic „Wspomnienia”, poniekąd biografia Vanessy, poniekąd autobiograficzne wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości, otwiera cykl esejów „Chwile istnienia”, wydany przez Twój Styl.
Ten pierwszy obraz to olbrzymi wiktoriański dom dzieciństwa Virginii w londyńskiej dzielnicy Kensington, przy ulicy Hyde Park Gate, w którym mieszkało ośmioro dzieci: Laura (1870) – córka Lesliego Stephena z pierwszego małżeństwa; George (1868), Stella(1869) i Gerald (1870) – dzieci Julii Duckworth z pierwszego małżeństwa oraz wspólne dzieci Julii i Lesliego – Vanessa (1879), Thoby (1880), Virginia (1882) i Adrian (1883). Dzieci prowadziły życie zorganizowane z wielką prostotą i regularnością, były nauczane przez rodziców, obsługiwane przez służbę ,grały w krykieta, spacerowały, jeździły corocznie na wakacje do letniego domu Talland House w Kornwalii (od roku 1882r, w którym urodziła się Virginia przez następne 12 lat). Wspomnienia te dotyczą jednak przede wszystkim trzech kobiet: siostry Vanessy, matki Julii Stephen, która przedwcześnie umarła, oraz przyrodniej siostry Stelli Duckworth, na którą przeszły obowiązki ciągnięcia „wózka z młodymi istotami rodziny Stephensów”. Jednak niebawem śmierć brutalnie wkracza ponownie zabierając młodą mężatkę Stellę, i dziedzictwo rodzinnych komplikacji i bólu przypada osiemnastoletniej wówczas Vanessie. Kolejne „siedem smutnych lat” to ciąg nowych traumatycznych przeżyć jakie nie opuszczają od lat sióstr, jednak tym razem nie śmierć jest ich podstawą , a tyrania ojca i molestowanie przez przyrodniego brata Georga.
Kolejne trzy eseje łączą się w tytuł „Szkice dla Klubu Wspomnień” i były pisane na zamówienie w latach 1920 i 1930 dla Klubu będącego przegrupowaniem dawnego przedwojennego Bloomsbury. Teksty te Virginia odczytywała na głos członkom Klubu. To wspomnienia o wprowadzeniu Virginii i Vanessy przez Georga w świat eleganckiego Bloomsbury i inteligentnego Londynu; mało eleganckie stroje zostały zamienione w atłasowe suknie, na szyjach błyszczały drogie kamienie, pod dom podjeżdżały dorożki, a stopniowy sukces towarzyski nadawał promienności zmęczonym smutkiem twarzom sióstr Stephen. Jednak długo trwało nim owy sukces tak naprawdę nastąpił i nim Virginia spotkania towarzyskie traktowała jako coś przyjemnego, bo w początkowym stadium, kiedy jeszcze pojawiała się wszędzie u boku przyrodniego brata Georga, była przez niego wiecznie ganiona i uciszana.
Ostatni, ale zdecydowanie najobszerniejszy i najpiękniejszy tekst to „Szkice z przeszłości”, który pisany był na przełomie lat 1939 i 1940 (ostatni zapisek – cztery miesiące przed śmiercią), ale tak jak pozostałe obejmuje tylko czasy dzieciństwa i panieństwa pisarki. Virginia na początku próbuje zastanowić się nad sposobem, w jaki powinna opisywać siebie, jak tworzyć autobiografię, co brać za wzór, jaki przyjąć schemat. Powodem tych wątpliwości było to, że tak trudno jest opisać jakąkolwiek istotę ludzką: „Nie wiem jak dalece różnię się od innych” – pisała.
Te pierwsze wspomnienia to zmiana pokoju dziecinnego, ciemność, zamieszanie kiedy szło się na górę do łóżka; mama w białym szlafroku na balkonie, kwiaty passiflory w fioletowe prążki pnące się po murze; St. Ives brzęczący, słoneczny, pachnący tyloma zapachami naraz; ogrodnik kopiący grządkę szparagów, służąca trzepiąca dywanik. Wspinanie się po skałach, wdrapywanie na drzewa, przeglądanie się w niedużym lustrze w wieku siedmiu lat … skrępowanie, onieśmielenie, półka obok jadalni. Gerald i jego dłonie … W 1895 roku w maju sielskość się kończy, umiera matka Virginii i ona jako trzynastolatka nie jest w stanie się z tym pogodzić; mama już na zawsze stanie się jej obsesją… Tutaj ponownie Virginia wraca do wielu wspomnień o mamie, jej młodości, pierwszym małżeństwie, ośmiu latach wdowieństwa i kolejnym związku; o jej smutku, prostocie, surowości. O jej śmierci. Bardziej niż w pierwszym eseju rozwinęła wątek narzeczeństwa siostry przyrodniej Stelli, a także jej śmierci trzy miesiące po ślubie. Wówczas Virginia miała piętnaście i pół roku, jej siostra Vanessa osiemnaście i zostały jedynymi kobietami w domu. Kobietami ojca, tymi, które musiały tolerować jego wybuchowe usposobienie, podawać mu podwieczorek, uczestniczyć z nim w środowych nasiadówkach dotyczących rachunków domowych. Jego niezaspokojone pragnienie bycia geniuszem doprowadzało go do dużego przygnębienia, często milczenia i posępności; na co dzień żył jakby na pamięć, pisząc bezustannie palił fajkę i był wtedy zupełnie nieprzystępny. Wraz z jego śmiercią Virginia Woolf odetchnęła z ulgą i zaczęła znacznie intensywniej poświęcać się pisaniu.
W „Szkicach z przeszłości” wyczuwalny jest bardziej niż w poprzednich esejach styl wypracowany przez Virginię przez wiele lat; melodyczny, malowniczy, pełen odniesień do kolorów, zapachów, przeżyć, szczegółów. Charakterystyczny, często lekko rozproszony, ale nigdy chaotyczny. Dla wielu czytelników jednak nudny, wręcz męczący i w żaden sposób niewciągający. Mimo wszystko czytając Woolf czuję się jakbym przesiadła się z pędzącego pociągu na pokład dostojnie wiszącego ponad chmurami balonu. Mnie pisarstwo Woolf nieustannie zachwyca, bo jest na tyle głębokie, że pozwala zobaczyć dno, poczuć, że to już ten moment, po którym nic więcej nie ma. Dalsza decyzja zależy ode mnie. Mogę się odbić albo tam pozostać.
Zdecydowanie „Chwile istnienia” polecałabym raczej tylko wielbicielom Virginii Woolf bądź czytelnikom, którzy po przeczytaniu którejś z jej książek chcieliby zapoznać się z życiorysem pisarki, a obszerna biografia Quentina Bella ich przeraża. Jako dzieło samo w sobie sporej części czytelników zapewne nie zadowoli.
Recenzja Marioli Sznapki
Karuzela kobiecego życia
Subskrybuj:
Posty (Atom)